Rowerem nad morze
 

Parafia Świętej Rodziny we Wrocławiu

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rowerem nad morze

Rowerem nad morzeczyli 26 godzin (w siodle) na siodełku.


Początki wyprawy nie były szumne i spektakularne. Takie zwyczajne. Jak to jest w zwyczaju, wszystko na ostatnią chwilę. Mimo tego, że szukaliśmy uczestników wśród naszych parafian to jednak wyprawa ograniczyła się do moich przyjaciół. Początkowo plan był trochę inny, gdyż trasa miała prowadzić od Wrocławia przez Zgorzelec i wzdłuż granicy Polsko-Niemieckiej. Jednak ograniczony czas wyprawy zweryfikował długość i kierunek.

Plan całej wyprawy zrodził się dosłownie kilka dni przed nią. Kierunek jest-MORZE. Miejscowość docelowa też-ŚWINOUJŚCIE. Dojechać można na kilka sposobów. Oto więc jeden z nich.

Rower jest? Jest. Bagażnik z sakwami jest? Dętki, klucze naprawcze, łatki, zapasowy łańcuch, i inne gagety rowerowe są? W małej torebeczce. Ubranko na tydzień jest? Jest i mieści się w dwóch małych sakwach, które już są sprawdzone.  No więc w drogę. Aha, namiot, karimata i śpiworek? Są. No i całe szczęście, bo tak to noce byłyby wesołe. W drogę…

Poniedziałek 6.08.2012r. Zbiórka godz. 8:30. Stan liczebny: 2 księży (mały i duży), ceremoniarz (harcerz), młode małżeństwo (też harcerze) no i młody… harcerz. Ekipa mała, ale wesoła. Wyruszamy na pierwszy etap.

Miło i przyjemnie, planowany wieczór nad jeziorkiem w Sławie. Przed nami 155km, piękna słoneczna pogoda i… wiatr w oczy (dlaczego wtedy musiało tak wiać). Ustaliliśmy postoje co 30-35km. Piękne pejzaże. No i gdyby nie pierwszy mój „kapeć” na trasie to byśmy szybko dojechali do Wołowa. A tu wymiana i postój… 30min opóźnienia, a potem dopiero po nowy zapas wody. Kolejne kilometry upływały w atmosferze sympatycznej wycieczki. Zwiedzanie okolic często nie widocznych zza kierownicy samochodu. Świat z perspektywy roweru jest ciekawszy i atrakcyjniejszy, bo może tak szybko nie przemyka.  Był chyba 100 km, siły ubywały a tu kolejna moja dziurawa dętka. Ten postój był dłuuuuuugiiiiiiiiiii. Szukanie jednej maleńkiej igiełki, która powodowała tyle zamieszania trochę zajęło czasu, energii i emocji. Limit defektów wyczerpany, więc ruszamy dalej. Około 19 wreszcie meldujemy się nad jeziorkiem. Ciepła kolacja, rozbijamy nasz mini obóz, wieczorna Eucharystia w lesie i możemy iść na szybką kąpiel i odpoczynek. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy (Rdz 1,5b).

Godz. 7:30. Znów przywitał nas Pan Bóg pięknym słońcem. Poranna toaleta, śniadanie, pakowanie i znów na nasze „rumaki” i wio do Międzyrzecza. Ten drugi etap był w miarę spokojny, choć i trudne chwilę też się zdarzały. Były i kryzysy wytrzymałości, trudne podjazdy i krótkie zjazdy. A i jakbym mógł nie wspomnieć o wzmagającym się wietrze. Wiało mocniej i to o wiele mocniej. Średnia prędkość spadła do 20km/h. Może rekompensatą był krajobraz i słoneczko, ale to i tak nie zwiększało mocy w prędkości przemieszczania się. W planie było zwiedzanie Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, ale zabrakło dosłownie kilkudziesięciu minut. Więc szybka korekta planów i jedziemy na kolację do Międzyrzecza. Około godz. 17 siedzimy i czekamy na cieplutkie danie wzmacniające, czyli makaronik i pizza. No może to drugie nie za bardzo wzmacnia, ale na pewno pożywia. Biorąc pod uwagę, że jeszcze mamy trochę wolnego postanowiliśmy ruszyć dalej, na trzeci etap. Koło Rokitna znajdujemy wspaniałe Jezioro Lubikowskie, gdzie po rozbiciu namiotów każdy zanurza się w krystalicznej i ciepłej wodzie. Obóz na zakończenie drugiego etapu mamy w środku pięknego lasu, a wieczorna Eucharystia w tej ciszy jest naprawdę pięknym uwieńczeniem ciężkiego dnia. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień drugi (Rdz 1,8b).

Tradycyjna pobudka 7:30, szybka kąpiel w jeziorku z rana, śniadanko i wyruszamy do Pyrzyc. Prosimy o wstawiennictwo Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej z Sanktuarium w Rokitnie na dalszą drogę i jedziemy dalej. Trzeci dzień trochę chłody, lekki deszczyk, ale za to… wiatr bez zmian. Ciągle wiał prosto w twarz. Trasa ciekawa, gdyż obfitowała w podjazdy i tym razem dłuższe zjazdy oraz przepiękne krajobrazy dwóch województw: lubuskiego i oczekiwanego zachodniopomorskiego. Około godz. 15 meldujemy się w Barlinku i korzystamy w ten chłodny dzień z kąpieli w jeziorze Barlineckim. Kąpiel była potrzebna ale i trochę nas rozleniwiła. Postanowiliśmy zjeść naszą obiadokolację i ruszyć dalej. Plany pokrzyżował ostry ból zęba i przymusowa wizyta u dentysty jednego z uczestników. Razem wyszło jakieś 2,5h opóźnienia. Na domiar złego zerwała się potężna burza i ulewa. Więc kolejny postój. No i z naszych planów nici. Zostawiając przepiękną podwójną tęczę z tyłu jedziemy jak najdalej się da. Dojeżdżamy jedynie do Jesionowa, gdzie przy kościele, dzięki życzliwości księdza proboszcza rozbijamy obóz. Zabrakło wielu kilometrów do dziennego celu. Zmęczeni przygodami zasypiamy bardzo szybko. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień trzeci (Rdz 1,13).

Czwarty wspólny poranek. Szybka toaleta na plebanii i dobre śniadanko, poranna Eucharystia w kościele i ruszamy w ostatni etap – nad morze. Nie będzie łatwo i nie będzie krótko, ciepło też nie było. Ale naprzód. Ten etap to o dziwo liczne podjazdy i dlaczego tak krótkie zjazdy, trasa szutrowa i leśna. „Górale” wiodą prym na rowerami trekkingowymi. I w końcu dwóch księży (bo tylko oni mieli górale) na przedzie. Tak cały czas w tyle, bo na asfalcie to jednak przegrywamy w rywalizacji. Piasek, woda, błoto to charakterystyka tego etapu. Końcówka etapu dla mnie była najtrudniejsza. Kontuzja mięśnia nie pozwalała na szaleństwo. Co 10 km przymusowy postój na masaż. Do celu według obliczeń mapy 20km. Dam radę. Wolin, to już blisko do Międzyzdrojów. Blisko by było, gdyby nie „tubylcy” pokazali złą drogę i się okazała, że o jeden most za daleko. Wjeżdżamy, patrzmy: promenada, hurra. Morze już tuż tuż. Ale to jednak nie najwspanialszy kurort Polski. Ten jeden most za daleko to 15 km różnicy i jesteśmy w Wisełce. Też pięknie i jest najważniejsze: MORZE. Wjeżdżając na plaże na licznikach równo wybija 500km. Cel jako tako osiągnięty. Miała być kąpiel, ale po 145km i 8h jazdy nie ma już sił. Znajdujemy nocleg, uroczysta kolacja, upragniony prysznic i wieczorny spacer. Udało się. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień czwarty (Rdz 1,14).

Już tradycyjnie 7:30 oczka otwarte. I tradycyjnie szczotka, pasta, kubek, ciepła woda tak się zaczyna kolejna przygoda, myję zęby bo wiem dobrze o tym,… że za chwile wyruszamy. Miało być już luźniej, ale trasa Wisełka-Międzyzdroje to istny etap górski. Tylko 15km, a zmęczeni jak po 50km. W końcu właściwa promenada. Piękna.

Wjeżdżamy na molo, a tu nagle koniec. Myśleliśmy, że w końcu zrobią ten most do Szwecji, ale ciągle w budowie (żarcik oczywiście). Co najbardziej smakuje nad morzem: kręcone lody, gofry no i obowiązkowo rybka. Wszystko było. Wizyta w Świnoujściu też. Atrakcja to podróż promem i planowanie powrotu do Wrocławia. Na dworcu PKP wyszło nam, że faktycznej jazdy było 26h. Natomiast podróż powrotna koleją to 11:30h-prędkość zawrotna. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień piąty (Rdz 1,23).

Sobota. 5:30. Dworzec Główny Wrocław. Leje niemiłosiernie. Kończymy naszą wspólną przygodę. Te sześć dni było wspaniałe. Dziękuje Panu Bogu, że szczęśliwie się wszystko udało oraz wszystkim, z którymi mogłem dzielić ten piękny trud podróżowania: księdzu Bartoszowi Barczyszynowi,  Monice i Bartłomiejowi Tylkowskim, Tomaszowi Szkudlarskiemu oraz Wojtkowi. Podziękowania dla Pani Magdaleny Owczarek naszej parafiance za pomoc i cenne rady.

Ks. Krzysztof Deja


You are here: