Parafia Świętej Rodziny we Wrocławiu

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Pielgrzymka rowerowa Wrocław-Rzym

Bardzo serdecznie wszystkich pozdrawiamy.

Zapraszamy


do zapoznania się z naszymi wspomnieniami

z Pielgrzymki Rowerowej


alt




Zanim o samej wyprawie rowerowej to trzeba wspomnieć z pewnością o przygotowaniach. Rozpoczęły się one już we wrześniu ubiegłego roku. Takie poważne zakusy na wyprawę do Rzymu podjęliśmy po moim powrocie z Santiago de Compostella. Jak się było w ważnym miejscu pielgrzymkowym to czemu nie do kolebki chrześcijaństwa, czemu nie Rzym. Logistycznie będzie to trudne wyzwanie, ale wieku przed nami było to czemu nie my. Zaczynamy przygotowania. Ogłaszamy zapisy i sami przygotowujemy się coraz bardziej. Zima lekka to i można więcej pojeździć na rowerze i tak czynimy. Dobrze przepracowane zimowe miesiące: rower i narty to daje wiele. Z początkiem wiosny coraz intensywniejsze treningi oraz przygotowania do wzięcia udziału w tegorocznej edycji Bike Maraton. Będzie niezła zabawa. Ja z Krzyśkiem intensywnie trenujemy kiedy się da: Sobótka, Ślęza, single tracki, no i oczywiście poszczególne etapy w Bike Maratonie. Z zabawy przechodzimy na walkę o coraz to wyższe sektory i lepsze czasy przejazdu. Wiktor postawił na bieganie. Cały czas trenuje i wieńczy go występem na Półmaratonie Wrocławskim z przyzwoitym czasem. Mikołaj ma maturę więc nie za bardzo może poszaleć, ale robi co może.

Czas na logistykę. Zaopatrzenie w mapy. Najlepsze to te 1:100 000 lub 1:150 000. Brzmi obiecująco ale zabrać ze sobą pół biblioteki? Zaopatrujemy się w mapy nam potrzebne. Wychodzi ich 12 sztuk. Jak się później okaże bardzo nam pomogły. To już mamy za sobą. Układanie trasy to też nie lada wyzwanie. Którędy, gdzie postoje, noclegi, co mamy zobaczyć, co chcemy zobaczyć i czy damy ze wszystkim radę? Pytania, które weryfikowały naszą trasę wielokrotnie. To chyba było najtrudniejsze w całym przedsięwzięciu. Godzinami siedzieliśmy wpatrując się w internet i mapy. Udało się – chyba? Mapa była płaska, a rzeczywistość górzysta. Ale o tym później. Nie ma co straszyć na początek.

Kolejna ważna sprawa to kwestia finansów. Wyżywienie i noclegi to zasadnicza kwestia każdego wyjazdu. Z pomocą przyszła nam Dyrektor Wydziału Zdrowia Miasta Wrocławia Pani Jadwiga Ardelli oraz Ks. Proboszcz Janusz Prejzner, który stara się nam zawsze pomóc przy takich wyjazdach. Bardzo dziękujemy im za tą pomoc i wsparcie. Chyba najważniejszym sprzętem na każdej wyprawie rowerowej jest… oczywiście rower. Naszym sprzętem do kręcenia kilometrów zajęła się silna grupa pod wezwaniem IM-MOTION. Nasz niezawodny partner wspomaga nas zawsze. Chłopcy z Im-Motion na czele z Pawłem i Michałem działają cuda i przygotowują nas do wyprawy jak najlepiej. Pełne serwisy rowerowe oraz co najlepiej zabrać ze sobą aby nie zakończyć przedwcześnie wyprawy to już jest ich działka. Częste pytanie w ich sklepie z naszej strony to: i co jeszcze? co mamy zabrać? Dobrze że mają duży asortyment to przynajmniej po naszych wizytach półki nie świecą pustkami. Taki mały żarcik.

Co dalej. Jeszcze nie ruszyliśmy, a tu już tyle napisane. Znów minimalizujemy nasze zasoby w sakwach biorąc nasze doświadczenia z ubiegłych lat. W końcu nie ma co zabierać całego domu, ale to w końcu 3 tygodnie. 6 sakw do dyspozycji. Śpiwór, namiot, karimata, poduszeczka – pamiętam naszą pierwszą wyprawę ile co ważyło, a ile teraz. Ówczesna waga namiotu to teraz waga całego ekwipunku do spania. To co niezmienne do kuchenki, garnki, kartusze, patelnie i inne akcesoria do gotowania. To zajmuje jedna sakwa. U mnie kolejna to kwestie liturgiczne i serwisowe. Kolejna sakwa. Krzyś serwisową sakwę też ma bogatą. Do jednej wchodzą ubrania, a kolejna to zapasy żywności na całe 3 tygodnie. Makarony, konserwy, pasztety, kabanosy, sosy, koncentraty, zupy w proszkach, co się da to bierzemy. Resztę dokupimy po drodze. W sumie ciężko, ale niekiedy nie było gdzie co kupić a tu już mamy. W sumie o wszystkim już powiedziałem co związane jest z przygotowaniem. Aha. Szkoda, że tak mało nas pojechało. Przez pół roku było wiele zapytań o naszą wyprawę. Ale tak np. Piotrek z żoną Olgą nie dostali urlopu, kolejni przestraszyli się kilometrów, inni nie zdążyli się przygotować. Pewnie było wiele innych przyczyn, które uniemożliwiły wielu osobą pielgrzymowanie z nami. Dziękujemy im za zainteresowanie i pewnie za duchowe wsparcie.

Bardzo miłym akcentem naszej pielgrzymki jest wsparcie ze strony RADIA RODZINA. Mieliśmy okazję już wiele razy gości na ich antenie opowiadając o naszych wyczynach, ale tegoroczne zmagania były szczególne. Pani Adrianna Sierocińska bardzo pilnowała abyśmy dzielili się na bieżąco tym co przeżywamy. Audycja omawiająca przygotowania do pielgrzymki oraz audycje na żywo z trasy to był miły akcent i owoc współpracy z naszym katolickim radiem. Z naszej strony bardzo dziękujemy za wsparcie i modlitwę oraz za możliwość bycia z radiosłuchaczami w stałym kontakcie.

Nieustannie w naszych przygotowaniach mobilizował nas Pan Leszek Unolt - nasz Nadzwyczajny Szafarz Najświętszego Sakramentu. Bardzo interesował się naszym wyjazdem. Początkowo nawet chciał z nami pojechać, ale brak czasu i możliwości uniemożliwiły mu tego. Ale chciał z nami przeżywać ten czas pielgrzymkowy dlatego postanowił wybrać się do swojego Syna do Krems i razem z Nim przyjąć nas w gościnę. Było to bardzo miłe ze strony Rodziny Państwa Unolt u których mieliśmy zaszczyt gościć dwie noce. Bardzo serdecznie dziękujemy za poświęcony nam czas i troskę, a o szczegółach naszego spotkania można przeczytać w trzecim dniu naszej wyprawy. 

Niedziela 26 lipca była wyjątkowa. Prosiliśmy o wsparcie modlitewne i sami zapewnialiśmy o modlitwie na całej trasie. Wiele intencji wieźliśmy ze sobą, ale i wiele zostało nam przekazanych. Trud pielgrzymi to radość – ale radość nie dla nas ale dla innych. I myśmy chcieli aby tak było. W sumie to myśmy chcieli dojechać do celu, ale trudy tego wyjazdu ofiarowaliśmy we wszystkich intencjach. Może dlatego tak dobrze nam szło i się układało. Hola hola, nie było łatwo, ale mówię tu o tym, że dawaliśmy radę.

Na naszej drodze pielgrzyma spotkaliśmy wielu rodaków i bardzo życzliwych ludzi, o których w trakcie relacji. Będąc czasami bezradni pojawiał się Anioł i nam pomagał. To było wyjątkowe.

Czas na szczegółową relację. Ks. Krzysztof Deja, Krzysztof Maj, Wiktor Piekarski i Mikołaj Byczuk ruszają do Wiecznego Miasta.

 alt

Dzień 1. 27.07.2015           przejechanych: 140km                   średnia 18km/h

Noc chyba dla każdego wyjątkowa. Każdy wstaje o optymalnej godzinie. Poranna toaleta i zbiórka pod kościołem Świętej Rodziny o 5:30. Witamy się z uśmiechem na twarzy. W końcu się zaczyna. Wiktor leciutko się spóźnia. Przypinamy narodowe flagi do naszych rowerów i gotowi do startu ruszamy. Pamiątkowe zdjęcie przed kościołem. Biegnie Tato Wiktora – zapomniał czegoś. Dobrze że są Rodzice i czuwają. Ruszamy na dworzec kolejowy. Dlaczego jedziemy pociągiem. Żeby zaoszczędzić jeden dzień i zbędne kilometry po bardzo ruchliwych drogach. Kierunek Kłodzko – Międzylesie nie należy do przyjaznych dla rowerzystów jeżeli chodzi o najkrótszy odcinek. Pakujemy się do pociągu zmierzającego do Międzylesia. 6:19 odjazd, a my działamy. Bardzo sympatyczny Pan Konduktor rozmawia z nami na temat naszej wyprawy, ale widać, że to nie pierwsza grupa którą spotyka. Od razu sugeruje abyśmy podjechali do kolejnej stacji po stronie czeskiej, bo po naszej stronie droga trochę kiepska i nie warto się już na sam początek denerwować. Jedziemy więc do Lichkova. Całą drogę padało jak byliśmy w pociągu. Na dworcu w Lichkovie wysiadamy w lekkiej mżawce. 14oC. Poranna modlitwa i ruszamy w drogę rozpoczynając już oficjalnie naszą pielgrzymkę na rowerach. Szybko mija droga do miasteczka Jablonne nad Orlici. Kolejne kilometry to już poprawa pogoda na słoneczną z lekkimi chmurami. Rozkręcamy się choć mamy podjazdy. Krzysiek z Mikołajem na początku potem Wiktor a ja zamykam peleton. W Lanškroun wpadamy do Lidla gdzie szybkie zakupy rekompensują nam podjazdy z pięknymi widokami. Posileni wracamy na trasę w kierunku Moravská Trebova. W drodze do Jevičko nadkładamy 10 km, bo znaki wyprowadziły nas na drogę w całkowicie innym kierunku. 6km podjazdu poszło na marne. Jest coraz cieplej więc postanawiamy częściej się zatrzymywać i robić przerwy. Droga bardzo malownicza więc i czas upływa miło. Na trasie do Boskovice zatrzymuje nas potężna ulewa. Przymusowa przerwa trwa ponad godzinę. Trudno. Trzeba nadrabiać. Ledwo co skończyła się burza my wskakujemy na rowery i gnamy do przodu. Szybka trasa więc można przyspieszyć w kierunku Blansko. Od tego miasta zaczyna się długi i nieprzyjemny podjazd. Według znaków do celu naszego etapu jest 20 km. W rzeczywistości gdzieś im uciekło kolejne 10km. Zaczyna być nieprzyjemnie i spada z nieba ulewa. Jest już trochę późno i jesteśmy zmęczeni więc postanawiamy jechać mimo burzy, ulewy i zmęczenia. Kryzys przeżywa Mikołaj. Kilometry w takiej aurze nie są przyjemne, a do celu jeszcze kawałek i tracisz siły. Morale spadają coraz bardziej, chociaż błyskawice i słyszane odgłosy burzy każą przyśpieszać. Nie ma gdzie się schować. U kresu sił dojeżdżamy do Jedovnic na kamping. Nie ma w planie nawet rozkładania namiotów bo ciągle pada, więc decydujemy się na domek 4-osobowy. Mikołaja z drgawkami kładziemy szybko do łóżka, aplikujemy dawki regenerujące: magnez, witamina C, aspiryna. Uwolnieni od mokrych rzeczy wskakujemy w ciepłe kalesony i bluzy i przygotowujemy się do sprawowania Eucharystii. Po wspólnej modlitwie zaczynamy szykować kolację. Spaghetti z mielonką w sosie pomidorowym z dodatkiem sera to teraz najlepsze rozwiązanie. Gorąca herbata i już lepiej. Mikołaj po Komunii św. i posiłku wraca do sił. Czas na spanie. Jest 23:05. Jutro od rana działamy znów. Oby wszystko było w porządku. Dobranoc.

alt

Dzień 2. 28.07.2015           przejechanych: 75km                     średnia 18km/h

Wstajemy o 7:20. Nie pada. To dobry znak. Jak Mikołaj? Budzi się, chyba wszystko w porządku. Idziemy się kąpać. Wszystko mokre. Pojawia się słońce. Wszystko wyrzucamy aby się suszyło. Jednak pojawiają się też i chmury, które nas trochę niepokoją. Odprawiamy poranną Eucharystię i ze smakiem jemy śniadanie. Ruszamy gdzieś koło 10. Dobrze, że Mikołaj jest w formie. Mieliśmy jechać do Jaskini Macocha, ale po wczorajszych przeżyciach i słabej formie Mikołaja, postanawiamy zrezygnować z tego wypadu. Jedziemy w kierunku Brna. Miasto jest położone w dolince, co daje nam możliwość wspaniałego zjazdu. Punkt widokowy na miasta nie powala, a i same miasto z tej perspektywy niczym nie zachwyca. Jak nie zachwyca, to nie ma po co do niego wjeżdżać i zwiedzać. Szybki postój pod marketem i jedziemy dalej. Wskakujemy na rowerową ścieżkę Brno-Wiedeń i na reszcie płasko. Ale co daje płasko, gdy wieje mocno w twarz. Ale co się dziwisz? To pielgrzymka. Od Židlochovic jedzie się jakoś szybciej. Tam robimy postój na Koronkę. Już nie daleko do naszego celu, który jakoś szybko udaje nam się osiągnąć. Piękne jezioro koło Mušov rekompensuje nasz dzisiejszy trud. Rozkładamy namioty blisko jeziora i wszyscy zanurzamy się w ciepłych wodach jeziora Vodní dílo. Po kąpieli szykujemy ucztę wieczorną i z radością odpoczywamy szykując się na kolejny dzień. Zapowiada się równie atrakcyjny. A więc do jutra.

alt


Dzień 3. 29.07.2015           przejechanych: 145km                   średnia 18km/h

Z chwilą zakończenia naszej kolacji i po położeniu się spać znów rozpoczęła się burza, która trwała całą noc. Dobrze, że rano już nie pada i nasze namioty nie pływają. Ranek pochmurny i chłodny. Tradycyjnie pobudka o 700. Dziś trzeba zmienić całkowicie cały plan trasy zaplanowany we Wrocławiu. Z kierunku Wiedeń zmieniamy na kierunek Krems. Zmiana wynikła z planu Pana Leszka, który zaprosił nas jako pielgrzymów do miasta, gdzie mieszka jego Syn z Rodziną. Będzie na nas czekał. Więc i my z radością jedziemy na spotkanie z Nimi. Rozpoczynamy nasz codzienny rytuał. Toaleta poranna, śniadanie, pakowanie namiotów, modlitwa poranna i zaczynamy pedałowanie. Na początku objazd jeziora, które okazuje się całkiem spore. Początkowo jeszcze lekko pada, ale później się rozpogadza. Skromne podjazdy, zmiana pogody i zaczyna słoneczko dawać znać o sobie. Przekraczamy granicę Czesko-Austriacką w Hevlín-Laa an der Thaya. I tu właśnie pomyliliśmy się o jeden zjazd na rondzie. Ta pomyłka kosztowała nas dodatkowe 20 km. Modlitwa południowa, słońce praży, a my musimy najpierw wiele podjechać pod górę, aby wrócić na nasz szlak. Kierunek Hollabrunn. Słońce coraz mocniej daje we znaki. Każdy smaruje się kremem z maksymalnym filtrem. Czas na odpoczynek. Roboty drogowe przed nami więc już wiemy, że trzeba będzie znów nadłożyć drogi. Tym razem +5km. To czas na posiłek. W pobliskiej restauracyjce zamawiamy pizzę. Coraz bardziej czujemy górzysty teren i silny wiatr. Podjazdy i wiatr w twarz to tradycyjny obraz naszego pielgrzymowania. Dojeżdżamy do Hollabrunn. Do końca jeszcze 50 km. Przed nami podjazd o nachyleniu 10% i dwa lekkie zjazdy 10% i 8%. Tylko czemu te zjazdy nie są tak samo długie jak podjazd? Sytuacja w peletonie można powiedzieć tradycyjna. Krzysiek na przedzie potem Wiktor, za nimi coraz bardziej słabnący Mikołaj i ja zamykający pielgrzymkę. Zawsze im powtarzam, że + 20kg na rowerze i +20 lat bagażu musi być tyle warte. Ale Oni się nie przejmują. Wiedzą, że dojadę w swoim tempie. Ja też się cieszę, że są tacy wyrozumiali. Przed miejscowością Langenlois mamy długi zjazd. Tam to ja sobie poszaleję. Z Krzyśkiem zaczynamy się ścigać, co powoduje zdziwienie u wyprzedzanych kierowców kiedy to gnamy z prędkością 70km/h i jeszcze się sami wyprzedzamy. Taka zabawa trwa przez 6km co jest wspaniałą radością w ten trudny dzień. Jednak kryzys znów dopada Mikołaja. Jest źle. Jedzie ostatni i to bardzo daleko. Często się zatrzymujemy i robimy postoje. Do końca jeszcze 25km. Średnia spada do 15km/h. pytanie czy da radę? Pan Leszczek również z niepokojem oczekuje od nas wiadomości co się dzieje i dlaczego tak długo. Jest już po 21. Mijamy lotnisko koło Krems. I tu następuje załamanie. Mikołaj dalej nie pojedzie. Prosimy aby Pan Leszek Unolt (nasz Nadzwyczajny Szafarz Komunii św.) z Synem przyjechali po Niego. Zabierają naszego kompana do miejsca naszego noclegu, a my jedziemy na samochodem-pilotem. Okazuje się, że zabrakło mu 5km. Natomiast my korzystamy ze zjazdu do miasta, szalejąc uliczkami z prędkością 50km/h. Piękny zjazd kończy się dla Wiktora urwanym bagażnikiem i rozwalonymi tylnymi sakwami. Po Niego również musi pojechać Syn Pana Leszka. W końcu po takich perypetiach o 22 jesteśmy na miejscu. Zmęczeni, zmordowani padamy na łóżka. Chwila rozmowy z Panem Leszkiem i Jego Synem, organizacja miejsca na Mszę św. i szykowanie się do kolacji. Po Eucharystii, gotujemy naszą wspaniałą obiadokolację. Zapytacie co tym razem? Otóż tym razem było to spaghetti z parówką, ale wcześniej była gorąca zupa. Posiłek lekko przed północą z pewnością nie jest zdrowy, ale po stracie około 7000 kalorii, chyba nie ma znaczenia pora. Dobrze, że jutro dzień odpoczynku. Dla Mikołaja będzie to zbawienne. Znów faszerujemy go wszystkim co mamy aby wrócił do formy. Dobra idziemy już spać bo późno. Siusiu paciorek i spać.

 alt

Dzień 4. 30.07.2015           przejechanych: 0km                        średnia 0km/h

Dzień odpoczynku od rowerów. Z racji faktu wczorajszego dnia pełnego wrażeń i sytuacji Mikołaja, rezygnujemy z rowerów. Mamy w planie wizytę we Wiedniu. Jednak fakt 90km w jedną stronę rowerem zostaje zamieniona na pociąg, który z radością zawiezie nas do celu. Ale po kolei. Dziś nie ma rygoru wstawania o określonej godzinie. Ale i tak każdy ma zakodowaną godzinę 7. Leniwy poranek. Cudowne śniadanie o 8:30 długo konsumowane. Może jeszcze bułeczkę, może soczek, może jakiś owoc – śmiejemy się sami do siebie wypowiadając te słowa. Coś innego z rana, niż pasztet, dżem lub płatki. Poranek to także czas prania rzeczy, reperowania rowerów. Postanawiamy w końcu po południowej kawie wyruszyć do Wiednia. Wsiadamy do pociągu. W trakcie tego przejazdu pierwszy raz w czasie trwania całej wyprawy łączymy się ze słuchaczami Radia Rodzina. Pani Ada pyta o dotychczasowy przebieg wyprawy, jakie przygody? Jak ze zmęczeniem? Do mikrofonu dorywa się ksiądz i wyczerpuje temat w całości. Nawet nie przekazuje nikomu słuchawki. Jaka z niego gwiazda! Żartuje. Pani Redaktor prosiła, aby tą rozmowę przeprowadzić z jedną osobą, a w kolejnych łączeniach wystąpią inni. Myślałem, że mnie pobiją w tym pociągu. Że tylko ja sam. A oni? Żartuje. Pozostali nawet się cieszyli, że nie muszą teraz nic mówić. Ale ich to nie minie. Dojeżdżamy do centrum. Zaczynamy zwiedzanie od Kościoła Wotywnego (Votivkirche) z drugiej połowy XIX wieku. Przepiękny kościół z mozaikami i rozetą. Mijamy Uniwersytet i idziemy w stronę Ratusza. Dalej przechodzimy przez Rathausplatz aby zobaczyć budek Parlamentu. Kolejne miejsca naszej wycieczki to Maria-Theresien-Platz oraz Museums-Quartier. Mamy okazję zobaczyć także Kościół św. Karola Boromeusza, który wzniesiono po epidemii dżumy w 1713 r. oraz Hofburg. Dalej idziemy w kierunku Katedry św. Szczepana. Wracamy wstępując do Domu Mozarta i małego kościółka Zakonu Krzyżackiego. Nachodziliśmy się trochę po Wiedniu, a tu czas wracać. Idziemy w kierunku dworca przez Park Miejski. Obok dworca wchodzimy na espresso. Okazuje się, że restaurację prowadzi Polka z Mazur, która jest w tym mieście od 20 lat. Opowiada nam trochę o realiach życia na obczyźnie i jak dokonywały się tutaj przemiany i na lepsze i na gorsze. Wsiadamy do pociągu i wracamy do Krems. Szykujemy się do Eucharystii, a później do wieczornej kolacji. Dziś szefowie kuchni serwują: żurek z kiełbasą krakowską. Oczywiście kiełbasy było znacznie więcej niż żurku, jak w staropolskim przepisie jest. Pytanie dlaczego sucha krakowska w żurku? Bo nie było białej kiełbasy w sakwach, więc braliśmy co się na winie. Szybkie pakowanie, bo jutro kolejny dzień jazdy. Wieczorne modły i do spania.

 alt

Dzień 5. 31.07.2015           przejechanych: 130km                   średnia 15km/h

Piękny słoneczny poranek. Wstajemy o 7 rano. O 7:15 odprawiamy Mszę św. i jemy śniadanko. Pakujemy się i wybieramy się w kierunku St. Pölten. Cały czas jedziemy główną drogą do Mariazell. Wjeżdżamy do krainy Styria. Poza granicami miasta zatrzymuje nas starszy Pan, który pragnie nam pokazać drogę rowerową do Mariazell. Podążamy za nim. Dojeżdżamy do celu gdzie nasza dotychczasowa droga krzyżuje się z rowerową. Serdecznie dziękujemy za pomoc i ruszamy w dalszą drogę. Trasa jest przepiękna. Po prawej i lewej stronie piękne górskie pasma Alp, a my jedziemy zieloną dolinką wzdłuż rzeki Traisen. Mijamy zadbane i czyste miejscowości doliny wschodnich Alp. Naszą trasę ubogaca górski potok oraz atrakcyjne krajobrazy, które roztaczają się wokół nas. Czujemy się jak w innym świecie. W górskiej rzeczce często mijamy pstrągi, a nawet całe ławice. Aby nie jechać serpentynami w miejscowości Freiland skręcamy na łatwiejszą drogę do Mariazell. Tam też zatrzymujemy się przy supermarkecie na lody i mrożoną kawę. A nieopodal gotujemy popołudniowy posiłek, czyli zupkę chińską. Czas na Koronkę. Polecamy wszystkie intencje. Czynimy tak każdego dnia. Ta łatwiejsza ścieżka to tylko przenośnia, bo za chwilę zaczną się podjazdy i to takie o nachyleniu 12-15%. Mijamy St. Aegyd i od tego momentu czeka nas widokowa ale stroma trasa. Cały czas pod górę. Nie ma czego się dziwić, w końcu to Alpy. Dojeżdżamy do miejscowości Gscheid (970 m. npm). Brakuje nam wody w bukłakach. Gospodyni z pobliskiego domu – jedynego! pyta nas czy nie potrzebujemy wody. Z radością pędzimy z naszymi buteleczkami, które mogą pomieścić 1,5l zimnej wody prosto ze studni. Pyta nas również o to czy nie chcemy bananów aby zregenerować siły. Ona nas pyta to i my pytamy, czy daleko jeszcze. Na mapie pokazuje nam skrót, który pozwoli nam uniknąć stromego podjazdu. Dziękujemy za pomoc i ruszamy dalej. Kolejny Anioł na naszej drodze i to z chłodną wodą! Bez trudu znajdujemy nasz cudowny skrót. Szutrową drogą zmierzamy do bajecznego jeziorka Hubertussee obok Walstern. Tak malowniczego miejsca nie widziałem jeszcze. chyba tylko na jakiś widokówkach. Sesja zdjęciowa na mostku powoduje rozleniwienie materiału. Do celu jeszcze tylko około 10km. No cóż z bajki do rzeczywistości wracamy dosyć szybko widząc serpentyny prowadzące na szczyt do Mariazell Land. 3km podjazd daje się nam we znaki. Peleton w takim samym ustawieniu trafia pod Bazylikę Matki Bożej. Mariazell to pięknie położone miasto na wysokości 860 m n.p.m., pośród otaczających je Alp, narodowe sanktuarium maryjne Austrii, Czech i Węgier z cudownym, wyrzeźbionym w lipowym drzewie, wizerunkiem Maryi trzymającej na kolanach Dzieciątko Jezus. Zachodzące słońce pięknie oświetla nam całą bazylikę. Witamy się z Maryją, która pragnie nas ugościć na trasie naszej pielgrzymki. Czas na znalezienie noclegu, co okazuje się nie lada wyzwaniem. Większość miejsc zajęta, a te co pozostały w cenie 35€ za dobę są w naszym budżecie nieosiągalne. Jedziemy do St. Sebastian. Do tego miejsca znów doprowadza nas Anioł przewodnik, w osobie miejscowego stolarza, którego zagadujemy obok Bazyliki. Centrum sportowe JUFA okazuje się nam przyjazne. Nocleg za 10€ brzmi o wiele rozsądniej. Ciepła woda i miejsce obok stadionu nas zadawala. Po takim ciężkim dniu makaron z parówkami w sosie cztery sery smakuje wybornie. Jest już późno więc zostaje nam krótka wymiana myśli, podsumowanie dnia. Czas na odpoczynek. A więc dobranoc i żegnamy miesiąc lipiec.


alt

Dzień 6. 01.08.2015           przejechanych: 100km                   średnia 17km/h

Noc była wietrzna. Wiatr dawał się we znaki, dobrze że mieliśmy zakotwiczone namioty bo mogło być wesoło. Jarosław Kret powiedziałby, że wiatr był porywisty, a w górach halny. Ani kierunek nie był nam znany, ani siła. Wiemy tylko, że bujało ostro namiotami. Koniec pogodynki czas na wstawanie. 7 rano to znamy nam już czas pobudki. Biegniemy na poranną toaletę, modlitwy poranne i o 8:30 meldujemy się  w drodze do Bazyliki. Mamy okazję w bocznej kaplicy sprawować Eucharystię. Jeden ksiądz i 3 wiernych. Mamy dużo intencji więc je przedstawiamy Matce Bożej. Piękna poranna Eucharystia. Później nawiedzamy kaplice z cudowną figurą, żegnamy się z Maryją i przystępujemy do spożywania śniadania. Mleko i płatki są idealne na sobotni poranek. Pakujemy się i jedziemy w kierunku Leoben. Początek wymarzony. Zjazd serpentynami. Gdyby nie ten wiatr. On potrafi pohamować zapędy kolarzy. Zaczyna robić się pogoda i zjazdy zamieniają się w podjazdy. Leniwe 15 km. Kolejne 5km. No i się zaczyna. Miejscowość Wegscheid(818m n.p.m.) to była granica miłych podjazdów. Czas wspinaczki na szczyt Seebergsattel (1253 m. n.p.m) podjazdem 10% przez jakieś 8km. Fakt jest faktem, że okolica malownicza. Obok nas dwutysięczniki, punkty widokowe robią wrażenie. Wrażenie to zrobił czterokilometrowy zjazd, który doprowadził nas do kolejnego malowniczego morskiego oczka, w którym leniwie pływały pokaźnej wielkości pstrągi. Tam też zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Po tym postoju droga wygląda inaczej. Zapowiada się zjazd, który ma nas doprowadzić do Bruck. Tym razem chcemy zjechać na wysokość 491m. n.p.m. Trafiamy na ścieżkę rowerową R2 do Bruck. Wcześniej serpentyny i zjazd rowerem rozpędzonym do blisko 70 km/h. Dobrze, że hamulce były sprawne. Krajobraz znów nas rozmarza. Panorama gór, lasów, potoku górskiego i łąk powoduje w naszym sercu wielką radość. Co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcie, aby uchwycić choć namiastkę tego piękna. Dolinę Seegraben zaliczamy do perełek na naszej trasie. Jedziemy tylko i jedziemy. Czas abyśmy coś zjedli. A tu się wyłania Billa. Czas na małe co nieco. Gotujemy obiadek no i obowiązkowa popołudniowa kawka. Espresso z naszej kawiarki smakuje wyśmienicie. Jak to mówi Makłowicz: bella fantastico. Jedziemy dalej. Trasa rowerowa przez Bruck nam się jakoś wydłuża. Krążymy i krążymy. Z jednej ścieżki na drugą. Mamy wrażenie jakbyśmy się kręcili w kółko, a jednocześnie oddalamy się od celu. W końcu znajdujemy naszą zieloną trasę z kierunkiem na Leoben. Trasa też pięknie położona, ale zbliża się godzina 18. Ta godzina w sobotnie popołudnie to granica na zakupy. Przed Leoben trafiamy na market Billa. Jest 18:00:45. No i co słyszymy. Zamknięte. No i niedziela bez śniadania. Ja rozumiem zasady. Ale 45 sekund!!!!! Cóż. Co dalej? Gdzie jest pole namiotowe? Pytamy. Nikt nic nie wie. Zatrzymujemy małżeństwo, które bardzo dokładnie tłumaczy nam jak dojechać do upragnionego celu. Rysują nam poglądową mapkę z zaznaczeniem czekającego nas podjazdu 10%. Mówią o big uphill. Dla nas to dzień jak co dzień. Dobrze, że ten big nie okazał się long. Trafiamy do miejscowości Hinterberg. Kamping blisko głównej drogi. Bardzo miły właściciel. Kameralne towarzystwo camperów. Całość wydatków na kampingu to 9,5€ na osobę. Ale co nas zdziwiło. Właściciel przynosi nam powitalnego drinka. Chłodne piwko po tak ciężkim dniu? No bardzo dziękujemy! Coś dla ciała też się należy. Przygotowujemy wieczerze. Zasiadamy przy stole konsumując… i tu się zdziwicie. Nie jemy makaronu tylko kus kus z pieczonym kurczakiem. Oczywiście do tego sos pieczeniowy. No i powitalny drink. Wtedy siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy. Wspominaliśmy śmieszne sytuacje i długie podjazdy. Ogólnie atmosfera bardzo radosna. Około 23 kładziemy się do naszych namiotów. Jutro czas na świętowanie Dnia Pańskiego. Co nam przyniesie niedziela. Z pewnością wiemy, że nie mamy śniadania. A co jeszcze… Dobranoc.


alt

Dzień 7. 02.08.2015           przejechanych: 65km                     średnia 18km/h

Niedziela. Piękny czas. Chwila odpoczynku, relaksu. Wolny dzień… Spokojnie, to nie te klimaty. Marzenia zostawiamy na powrót do kraju. Wstajemy tradycyjnie o 7. W nocy trochę padało… trochę! Lało. Poranna toaleta. Dopiero teraz zauważyliśmy starszego pana z całkiem niezłym sprzętem. Sakwy i przyczepka. Widać, że też lubi wyprawy. Sprzęt niczego sobie. Ale wracamy do naszego ekwipunku. Czas się pozbierać, wysuszyć namioty. Śniadanko to smaczne mleczko z płatkami. Koniec leniuchowania. 8:30. Modlitwa poranna i w drogę. Pogoda niezbyt. Pochmurno i lekka mżawka. Czasami mocniej pada. Po drodze spotyka nas fachowiec z Polski, czyli człowiek mieszkający od kilkunastu lat w Austrii. Chwilę zagaduje. Opowiada o swoim życiu. Nawet nie ma czasu pojechać na wakacje do Polski bo pracuje. Z błogosławieństwem ruszamy dalej. Nasza droga to przejechanych 30 kilometrów. Jak na te warunki to odległość nie powala. W Kobenz skręcamy do małego kościółka. Zaczyna coraz bardziej padać. W ostatniej chwili chowamy się do środka. Aniołowie z góry chyba przesadzili bo leją wiaderkami cały czas. Potężna ulewa. No to co mamy robić. Kościół jest, ołtarz jest no i niedziela. Odprawiamy Mszę św. trochę nie legalnie, ale kogo zapytać, jak to chyba kościół filialny, a deszczyk nie pozwala na wystawienie nosa. Po Eucharystii sytuacja nie poprawia się, a nawet rzekłbym pogarsza. Pada jeszcze mocniej. Jakoś dziwnym trafem pod chórem w ławeczka usadawiamy się na prywatnej modlitwie. Chyba moment a wszyscy odpływamy. Pod chórem chyba najlepiej się śpi. Zasnęliśmy w Panu. Pobudka na modlitwę południową, deszcz pomału przestaje padać. Co dziwnego w tym kościele, ale chyba dla nas. Na ścianie zdjęcia żołnierzy Wermachtu z tej miejscowości, którzy zginęli w II wojnie światowej. Przestaje padać. Wsiadamy i jedziemy dalej. Ciemne chmury nad nami cały czas. Będzie z tego niezła burza. Dojeżdżamy do Knittelfeld. Postój przy Mc Donaldzie. Można coś normalnego zjeść. Więc zamawiamy 8 hamburgerów. Zdrowa dieta to podstawa na wyprawie. Znów zaczyna padać. Decydujemy, że nie ma sensu dalej jechać rowerami bo przemoczeni daleko nie zajedziemy i tak. Decyzja – pociąg. Na dworzec wpadamy już w porządnych strugach deszczu. Kierunek: Friesach. Widzimy możliwości. 3 pociągi. Jeden nas nie zabierze na pewno, bo express. Kolejny może, a ten ostatni to o 17. Jest 13 z haczykiem. Na początek suszymy nasze rzeczy na ciepłych kaloryferach. Przyjeżdża pociąg – że chyba nas weźmie – no to nie ma szans, bo nie. No to czekają nas 2,5h zajęć własnych. Ciągle pada. Szykujemy obiadek. Wszystko pozamykane. Natomiast nasza kuchnia otwarta 24h. Spaghetti z paróweczkami w sosie 4 sery jest wyśmienitym daniem na niedzielne popołudnie. Na koniec uczty oczywiście kawa. Mamy czas na rozmowy różne: od błahych poprzez polityczne do oceny sytuacji Kościoła. Dla każdego coś miłego. Jak to dyskusja, bywa i burzliwa. Zbliża się godzina odjazdu. 17:52. Pakujemy się do wagonów i pędzimy po szynach do Friesach. Tam wjeżdżamy na drogę rowerową R7 na Klagenfurt. Za Althofen znów wpadamy na lekki deszczyk, a później jesteśmy świadkami pięknego widoku dwóch tęcz. Dojeżdżamy do Bernaich. Nasza baza noclegowa. Wszyscy patrzą na nas zdziwieni. Na recepcji nikogo, goście campingu jakby byli stałym bywalcami i nie spodziewali się takiej pielgrzymki. Pytamy, szukamy. Nikogo. Dobra. Rozbijamy się i kąpiemy. Może coś się wyjaśni później. Wyjaśniło się tylko to, że dalej nic nie wiem i nikogo nie ma. Więc my zjemy kolację i pogadamy co i jak. Jutro wyjaśnimy. Na kolację ubogo: bochenek chleba, wykopane z dołu sakwy plasterki szyki i cudem znaleziony w zapomnianych zakamarkach jednej sakwy sos meksykański. Uczta jakich mało. Zasypiamy o 23. Zobaczymy co przyniesie kolejny dzień.


alt

alt

Dzień 8. 03.08.2015           przejechanych: 110km                   średnia 16km/h

To już tydzień jak wyruszyliśmy z Wrocławia. Pobudka jak zwykle o 7. Szybka toaleta, pakowanie i szukanie kogoś z recepcji. Nikt dalej nic nie wiem. Nikt nic nie widział. No cóż. Czekamy chwilę, może dwie, mija trzecia chwila. Nie ma sensu. Ruszamy dalej. W imię Ojca i Syna i Ducha św. czas na kolejne kilometry. Wcześniej przy pakowaniu zauważyłem lekką awarię sakwy. No to ogóle poruszenie. Burza mózgów, co zrobić. Każdemu włączył się Adam Słodowy. Działamy. Po szybkiej naradzie. Usterka naprawiona. Będzie dobrze. Ok. Koniec dygresji. Czas na realia codziennego życia. Cały czas już jedziemy drogą rowerową R7. Przed nami krajobraz gór zakrytych chmurami. Ciepło nie jest. Ale trasa na razie spokojna. Na śniadanie wpadamy do Hoffera. Każdy łapie płatki, jogurcik, bardzo dobrą bułkę z jabłkiem. Rozpogodziło się i zaczyna być coraz bardziej słonecznie. Więc wyciągamy nasze mokre rzeczy i rozkładamy na parkingu suszarnie. Słońce, posiłek, radość… chwileczkę. Coś nie tak z Krzysia tylnym kołem. Kapeć. Warsztat na pokład. Szybka wymiana. Szukanie dziury w całym. Małe szkiełko zapragnęło pojechać z nami kawałek drogi. No i w tym miejscu musiało się ujawnić. Dętka wymieniona, napompowane. Koło założone. Więc w drogę. St. Veit przywitał nas słonkiem i oby tak zostało. W Klagenfurcie stajemy zobaczyć katedrę i Stare Miasto. Piękny kościół i otocznie, ale czas ruszać dalej. Coraz piękniejsze widoki, a zarazem perspektywa zdobywania tych wysokich gór, które przed nami. W Maria Rain mamy zjazd iście z etapów Bike Maratonu. Szutrowa droga w dół, szybkie zakręty i niezłe hopki. Wszystko idealnie, ale nie z sakwami. W innych okolicznościach raj dla MTB, a dla nas mega wyzwanie. Koniec tej drogi to tama elektrowni z pięknymi widokami na otaczającą zieleń, góry i zbiornik wodny. Wpadamy do Ferlach i korzystając z postoju spożywamy obiadek. Rewelacyjna sałatka z tuńczykiem oraz deser lodowy to wystarczająca nagroda za dotychczasowy trud. Sympatyczni rodacy (mieszkańcy Ferlach) wypytują nas o wyprawę. Miła rozmowa, ale nam czas ruszać. Jeszcze szybka toaleta i czas na podjazdy. Słoneczko daje chyba maksymalnie z tego co posiada. W cieniu około 40oC. Startujemy z 466 m n.p.m. Zakończenie podjazdu to 1037 m. Przewyższenia o minimalnym nachyleniu 12%, a max 16%. Do pokonania 11 km serpentyn. Zdjęcia bajeczne. Ale i postoje liczne. Wyprzedzają nas liczni motocykliści, a pasażerowie w samochodach gratulują siły i determinacji. Niektórzy biją brawo i z uśmiechem na twarzy życzą powodzenia. A my się pytamy w duchu ile jeszcze do końca. Stajemy koło potoku górskiego. Po chwili namysłu Krzyś i ks. Krzyś wpadają do lodowatej wody na chwilę ochłody. Potok nie głęboki, woda ma chyba z 12oC, ale co tam. Rewelacja. Zimny prysznic. Chyba dawno nikt nie widział takich szaleńców w tej okolicy. Mokre spodenki i koszulki i tak szybko wyschną na słońcu. Po tej orzeźwiającej kąpieli czas na modlitwę Koronką do Miłosierdzia Bożego. Koniec odpoczynku, czas na kolejne serpentynki. Godzina 16 a my dalej pod górę. Nasze mapy pokazują że na trasie tylko 7 serpentyn, a na gpsie nie wygląda już tak różowo. Kolejna i jeszcze jedna. No i kolejna. A co. Od przybytku głowa nie boli. Samochody wyprzedzające nas też pokonują te podjazdy z maksymalnymi obrotami. Dojeżdżamy na szczyt. Co za ulga zobaczyć napis 1037 m. Przełęcz Loibltal zdobyta. Granica autryjacko – słoweńska. Ljubej. Do pokonania 1533 m. tunelu i wjeżdżamy do Słowenii. Był podjazd więc czas na zjazd. Na parkingu spotykamy rodaków, którzy dziwią się, że podjechaliśmy pod tą górę. My w sumie też się dziwimy. Ale od tego momentu zaczyna się zabawa. Zjazd. 11km. Zaczyna się szaleństwo. Padają rekordy prędkości: ja i moja ciężarówka wykręciliśmy rekord 78km/h, Krzyś 77km/h, Mikołaj 76km/h, a Wiktor 65km/h. Dobrze że hamulce wytrzymały obciążenie i nie było za dużo zakrętów. Samochodów też nie było, bo były za nami. Prędkość zjazdu podobna. Droga hamowania przed miastem Tržič była długa. Parkujemy przy Lidlu i oceniamy piękny zjazd. To był solidny zjazd. Ruszamy dalej. Do Bled ma nas prowadzić droga, która już nie ma mieć podjazdów, a tu perspektywa wjazdu na 1478 m. n.p.m. i to na przestrzeni 10km. To już za wiele jak na nas. Szukamy alternatywy. Znów musimy nadłożyć parę kilometrów, parę podjazdów i zjazdów. Coraz większe zmęczenie i częstsze nerwy. W takiej atmosferze każdy kolejny kilometr to jak wyrok. W końcu mijamy Radovljicę i szukamy drogi rowerowej na Bled. Oznakowanie dróg bardzo kiepskie. Chyba niektórzy stawiali słupki ze znakami bez wyobraźni. Drogowcy słoweńscy nas po prostu zaskoczyli swoim poczuciem humoru i fantazji. Dojeżdżamy do Bled. Robi się szarówka. Okrążamy przepiękne jezioro i udajemy się na kamping, aby usłyszeć: przepraszamy, brak miejsc. Jak coś sobie znajdziecie to wasze. Chyba czujecie naszą bezradność. W wyobraźni możecie zobaczyć cztery zmartwione główki, patrzące na siebie wzrokiem: i tak wiesz, że dalej nie pojadę. No to szukamy jakiegoś placyku. Jest coś. Mały placyk, który nie pamięta już jak wygląda trawa więc wbicie śledzia będzie graniczyło z cudem. Rozkładamy się. Nie ma innego wyjścia. Sztuka wbijania śledzi w technice niemożliwej opanowana. Warunek: nie może wiać, padać, a będzie super. Najważniejsze, że łazienka blisko. Szybka kąpiel. Bardzo późna Msza św. Dobrze, że Mikołaj ma taki duży namiot, który pozwala na uczynienie z niego kaplicy. Po Eucharystii (dziś było bez kazania) szykujemy bardzo późną kolację. Najszybciej to kaszka kus kus z mielonką w sosie własnym. Czas na sen. Nie wiem kiedy zasnęliśmy, ale czas może być liczony w sekundach od przyłożenia głowy do poduszki.


alt

Dzień 9. 04.08.2015           przejechanych: 160km                   średnia 20,5km/h

Pięknie zapowiadający się dzień nie wskazywał późniejszej katastrofy. Ale po kolei. Szybkie pakowanie i ruszamy. Jeszcze spotkanie przy recepcji w celach uiszczenia stosownych opłat. Modlitwa poranna i szybka sesja zdjęciowa nad jeziorem Bled. O poranku widok jest bajeczny. Zachęcam do przyjazdu tutaj. Coś niespotykanego. Cisza jeziora wyrażona w lekkim ruchu fal, odbijające się słońce od tafli wody i w oddali cerkiew na wyspie spowita lekką mgiełką. W oddali widać wyłaniający się zamek na skale. Ahhh. Aparacik robi fotki, a my czas na podróż w kierunku granicy. Wracamy tą samą trasą co przyjechaliśmy wczoraj, bo musimy dojechać do Radovljic. Dalej wychodzimy z podziwu kto jest twórcą znaków rowerowych. Podziwiamy, nie naśladujemy. Jest piękny słoneczny poranek. W brzuchach już burczy co znak, że trzeba odwiedzić jakiś markecik. Pojawia się okazja więc stajemy. W sumie nie pamiętam co zjedliśmy, ale musiało być dobre i pożywne, bo dało energii na cały dzień. A dzień był dłłługiiiii. Kluczymy, szukamy, trochę podjeżdżamy aby dalej szukać. Super oznakowanie! W końcu ktoś postawił właściwy znak na właściwym miejscu. Jesenice 17km. I to jest dobra wiadomość. Jedziemy. We wspomnianej miejscowości zatrzymujemy się na stacji. Wiadomo po co. Chwila oddechu od słońca i jedziemy dalej. Mijają kolejne kilometry i chyba dochodzimy do takiego miejsca, że kończą się podjazdy. Problem zaczyna się robić na rozwidleniu autostrad w Hrušicy. Znaki kierują na drogę rowerową w niewiadomym kierunku. Wjeżdżamy pod stromy podjazd. Mijamy znak zakaz wjazdu, ale wiele razy tak było, że właśnie dla rowerów była przejezdna. Tym razem kończy się drogą szutrową z niewyobrażalnym podjazdem. A tak w ogóle to na tym odcinku były rewelacyjne znaki mówiące o podjazdach o nachyleniu 20% i 27%. Bogu dzięki, że to były naszej obok naszej drogi. Nie wyobrażam sobie tego podjazdu. Wracając do naszej sytuacji, gdzie kręcimy się w kółko, pytamy przypadkowych tubylców. Ich wersje są przeróżne i żadna nam jakoś nie pomaga. W końcu po ocenie wszelkich map odnajdujemy ukrytą ścieżkę rowerową D2. Prowadzi ona do granicy. Biegnie ona obok górskiej rzeczki Sava Dolinka. Malownicza droga. Po prawej i lewej stronie pasma gór. Patrzysz w prawo Mittagskogel 2145 m. Patrzysz w lewo Špik 2472 m, Kukowa špica 2427m, no i Škrlatica 2740m. Widok nie do opowiedzenia. Trasa rowerowa jest zrobiona na starej trakcji kolejki. Gładki asfalt, piękne widoki, drzewa, potok, pejzaże jak z pocztówek. Czas na postój. Krzyś znalazł idealne miejsce aby chwilkę odpocząć. Górski wodospad. Szybko zdejmuje koszulkę i buty i wskakuje do zimnej wody. Na ten widok drugi Krzyś(ks.) czyni podobnie. Do naszej dwójki szalonych entuzjastów chłodnych kąpieli dołącza Mikołaj, który mimo że sceptycznie stawia kolejne kroki to jednak i tak cały jest mokry. Tylko Wiktor postanawia położyć się na ławeczce i po odpoczywać w cieniu. Mówię wam, wszystkie wodospady w aquaparkach nie równają się do tego przeżycia. Szaleństwo wodne. Nie mają znaczenia mokre spodenki i koszulki. Ale chłód wody w tak gorący dzień… niezastąpiony. Koniec dobrego. Czas w dalszą drogę. Koszulki i spodenki wysychają w przeciągu 30 minut. Dojeżdżamy do Kranjskiej Gory. To chyba Mekka dla rowerzystów i narciarzy. Rowerów tyle co w Amsterdamie. Każda restauracja, pub, knajpka okupowane przez rowerzystów. Każdy skwer zajęty. Jesteśmy pod wrażeniem ogólnego krajobrazu, miejscowości i ludzi. To miejsce bardzo polecamy (pamiętajcie jednak, że zjazd ma być w kierunku Włoch, nie odwrotnie! Potem zobaczycie dlaczego). Granicę zauważamy po zmianie oznakowania i wielkim napisie DROGA ROWEROWA ALPY-ADRIATYK. No to jedziemy w dobrym kierunku. Rozpędzeni wpadamy do Trevisio, aby dalej korzystać z tej pięknej drogi dla bików. Normalnie autostrada tylko dla rowerów. Mijamy kolejne miejscowości, aby dotrzeć do Pontebby. Ten punkt jest ważny dlatego, że od niego będzie mierzona pewna odległość, o której za chwilę. Widoki są wspaniałe. Znów góry, lasy, zielone pola, górski krajobraz, w dole biegnąca autostrada. Jedziemy tunelami mijając licznych rowerzystów (najczęściej jadących na szosówkach. Chyba tylko nieliczni byli na trekkingach czy góralach). Obok nas trzystopniowy wodospad liczący sobie chyba z 200 metrów wysokości. Pędzimy dalej. Roboty drogowe trochę psują nam nastrój bo musimy na chwilę zboczyć z drogi, ale to tylko parę kilometrów objazdu. W niektórych miejscach tunele po starej kolejce nie są jeszcze zrobione więc i była taka sytuacja, że musieliśmy wnosić rowery po schodach, bo akurat tak były ustawione znaki. Ale daliśmy radę. Dojeżdżamy do miejscowości Carnia. Niczym nie zasługująca na wzmiankę nazwa, a jednak dla nas to 120 kilometr dzisiejszej trasy i 45 kilometr od ostatniego postoju. Przez 1,5h jechaliśmy non stop. Dobrze, że z górki, ale pewne części ciała już wołały od dawna o przerwę. Chwila odpoczynku. Destynacja tego etapu za 40 km. Jest już trochę późno. Ratunkiem może być pociąg. Jedziemy na stację. Kolejny pociąg dopiero jutro. Brak alternatyw. Trzeba jechać. Tarcento – dzisiejszy cel. Od tamtego postoju droga już nie jest taka przyjemna. Walka z sobą i kilometrami. Już nie liczymy w górę, ale w dół. Ile jeszcze? 20km do końca - Gemona. W tej miejscowości trochę namieszali z oznakowaniem i znów lekko nadkładamy. Kręcimy się po wąskich uliczkach. Słabo to widzę. Słabo bo i ciemno i trudy dnia. Zapalamy lampki i dalej. Szaleńczy wyścig z czasem i sobą oraz drogą. W godzinie Apelu Jasnogórskiego meldujemy się przed kościołem, gdzie mieliśmy się spotkać z gospodarzem naszego noclegu: ks. Dariusz, kapłanem pracującym w Tarcento. Odpoczywamy. 158km na liczniku. Czekamy. Podchodzi do nas sympatyczny Włoch i pyta co nas tu sprowadza. Oferuje wodę i parzy włoską kawę dla każdego. Kawa była tak smaczna, że zachwycamy się nią bardzo. No nigdy wcześniej takiej nie piliśmy. Przyjeżdża ks. Darek oznajmiając nam, że pomyliliśmy kościoły i musimy podjechać jeszcze 2km. To co robi dla nas jest rewelacyjne. Zabiera nasze sakwy. Bez bagażu pędzimy za samochodami pilotującymi nas 40-50km/h. ale frajda. Dojeżdżamy do plebani, gdzie zostawiamy część rzeczy i rowery i już samochodami jedziemy na miejsce naszego noclegu. Trasa biegnie w górę na szczyt, gdzie jest parafialny domek. Trasa biegnie jednym z etapów Giro d’Italia. Podjazd 18% przez 10km. Zjazd o podobnym nachyleniu i długości wąskimi uliczkami. To by nas dobiło-zwłaszcza dziś. Po 160km. W domku rozpakowujemy się i jemy przygotowaną ucztę. Włoskie spaghetti bolognese. Cały garnek. I to jaki wielki. Oczy nam się świecą. Jemy jakbyśmy widzieli takie danie po raz pierwszy. Ucztę przygotowała przyjaciółka Mamy Mikołaja, która mieszka na stałe w Tarcento. A ten wspaniały gar dobrodziejstw wraz z księdzem dostarczył nam Jej Mąż. Niech im Bóg błogosławi. Żegnamy się z naszymi dobrodziejami, aby przyszykować wieczorną Eucharystię (czasowo blisko pasterki) i w między czasie zrobić pranie. Kiedy mija post eucharystyczny gromadzimy się wokół ołtarza, aby dziękować za ludzi, pogodę i łaski nam oraz innym udzielane: Dobremu Bogu. Mieliśmy wywiesić pranie na zewnątrz, ale od gór nadciąga potężna burza. W nocy pokazuje co potrafi. Zasypiamy szybko, mimo ostrego wiatru. Z Bogiem.

alt

altaltalt

Dzień 10. 05.08.2015         przejechanych: 80km                     średnia 20km/h

Jak już wspomniałem noc była z atrakcjami burzowymi. Nad ranem jeszcze mocno wiało, ale nie padało. Budzimy się o 740, aby o 800 odprawić Mszę św. O dziwo nikt nie ma zakwasów, nikogo nie bolą nogi i inne części ciała, nikt nie jest zmęczony, no może trochę nie wyspani, ale jest dobrze. musimy szybko się spakować, bo przyjeżdża po nas ks. Dariusz i zabiera nas na dół. Zjazd końcówką etapu górskiego Giro d’Italia i już po chwili jesteśmy przed kościołem parafialnym. Dziękujemy serdecznie za gościnę, a ksiądz prosi nas o modlitwę w intencji swojej i swich parafian przy grobie św. Jana Pawła II (prośba oczywiście spełniona). O 900 ruszamy w kierunku Udine. Temperatura o tej godzinie podobna jak w Polsce czyli 28oC. Naszym przewodnikiem jest Mikołaj, który już był w tym mieście i zna jego tajniki. Prowadzi nas do Rynku i innych ciekawych miejsc. Właśnie w Udine musimy pozmieniać nasze plany, bo wg wcześniejszych założeń to właśnie w tym mieście mieliśmy zakończyć wczorajszy etap: czyli do wczoraj dołożyć +25km. Ta zmiana wynikła z faktu przenocowania u ks. Dariusza, ale nam ta zmiana się bardzo podobała. Bo te kolejne kilometry, które mielibyśmy nadłożyć już mniej. Nie ma co się rozwodzić w temacie: zabrakło i trzeba kombinować. Od rozwiązywania takich problemów jest człowiek imieniem Wiktor, który jako nasz logistyk wyprawowy kieruje nas na dworzec kolejowy i wynajduje połączenie do Trevisio. Podjedziemy kilkadziesiąt kilometrów, ale za to zyskamy na czasie i ominiemy mało znaczące miejsca. Powiecie, że trochę nie fair, bo przecież mieliście jechać na rowerach, ale czasami takie udogodnienia przynoszą więcej dobrego niż złego. Przed przyjazdem pociągu chłodzimy się w klimatyzowanym lokalu popijając czekoladowego shake’a. Z małymi trudnościami dostajemy się na peron. Nikt nie pomyślał, żeby zamontować windę. Wnoszenie rowerów z bagażami, powiem że rewelacja. Tylko 25 schodów, a po się leje z ciebie jak po przejechaniu 50km. Pakujemy się do pociągu. Zajmujemy miejscówki, wagon klimatyzowany. Tak to ja mogę podróżować rowerem. Żartuje. Pociąg to wyjątek i ostateczność. Dojeżdżamy do Trevisio. Temperatura typowo letnia. 380C w cieniu, bo w słońcu nie ma podziałki. Szukamy drogi do Wenecji. Powiem, że nie jest łatwo. Znaleźliśmy, jedziemy. Ale co to za jazda. Mimo, że płasko to jakoś nie idzie. Już wiemy, dlaczego nie ma nikogo na ulicach. Od 13 do 15 siesta. Jechać się też nie za bardzo daje, ale jedziemy. W końcu dojeżdżamy do słynnego mostu, czyli dojazdu do Wenecji. Droga dwupasmowa, bez pobocza, bez możliwości schowania się gdziekolwiek. Jedyne wyjście to kręcić pedałami ile fabryka dała sił i mocy. Nasz peleton gna przez 5km ze średnią prędkością 35km/h. Musielibyście zobaczyć zdziwione miny wszystkich co nas wyprzedzali. Z prędkością światła dojeżdżamy do przystanków autobusów wodnych i pierwszej kładki w kierunku placu św. Marka. Wszelkie próby dotarcia rowerem nie dają rezultatu. Postanawiamy, że w parach udamy się zwiedzanie. Wiktor z Krzyśkiem idą pierwsi, a ja z Mikołajem pilnujemy dobytku. Po półtorej godzinie wracają nasi bohaterowie z oznajmieniem, że się zgubili i nie dotarli do celu. A że mieli dość chodzenia zakupili loda XXL i wrócili na miejsce parkingu. Z Mikołajem szybkim krokiem udałem się do upragnionego celu. 45 min manewrowania krętymi i wąskimi uliczkami opłaciło się. Docieramy na plac św. Marka. Tłum ludzi, wszechobecne gołębie karmione na wszelkie sposoby przez turystów, którzy przy tym wyczyniają rewelacyjne pozy aby uchwycić moment w kadrze do zdjęcia. Szybki rekonesans, pamiątkowe fotki i wracamy do chłopaków, którzy już się nudzą i wydzwaniają kiedy wrócimy. Znów kluczymy wąskimi uliczkami, przeskakujemy kolejne mosty i mosteczki, kładki itp., aby w końcu się zgubić. Masakra. GPS nie pomaga, ludzie sami nie wiedzą gdzie są, w końcu logistyk Wiktor pomaga cennymi wskazówkami i wracamy do grupy. Pakujemy się w drogę dalej. Jedno stwierdzenie. Wenecja jest przereklamowana. Chyba, że przyjedziesz na cały dzień, w miesiącach jesiennych, gdzie temperatura będzie o połowę niższa (czyli około 20-250C) i nie będzie specyficznego zapachu odpychającego od wszystkiego. Powiemy za Juliuszem Cezarem: Veni, Vidi, Vici i dalej w drogę, bo czas ucieka. Powrót tym samym mostem, z tą samą prędkością, ale co później się działo to już mistrzostwo świata. Sześciopasmowa droga. My się gubimy. Nie ten zjazd. Na takiej drodze można zawracać czterema rowerami? Można. Uwaga tylko na rozpędzone TIRy i inne szybkie wozy. Szukamy campingu. Jesteśmy jak pojazdy uprzywilejowane. Brakuje tylko kogutów.  Znaki swoje, a my znów inaczej je interpretujemy. Na rondzie skręć w nie wiadomo jaki zjazd. No to się kręcimy w kółko. Skręcamy. Źle. Kolejne rondo. Znów źle. Desperacja i chęć skrótów to jazda pod prąd. Wiktor opanował tę sztukę do perfekcji. W końcu chciał zapytać o właściwą drogę w jednym z lokali przy stacji benzynowej, tylko że jak szybko wszedł tak szybko wyszedł, bo na środku stała duża rura, a wokół sami panowie czekali na jakieś atrakcje w lekko czerwonym oświetleniu. Tam o drogę nie ma co pytać. Szukamy, kluczymy, ale w końcu wyjeżdżamy na drogę w kierunku Padwy. Jest oznakowanie. 2km Camp. Jedziemy do miejscowości Mira.. Faktycznie jak obiecali tak się stało. Bardzo porządny camping. Nawet mają promocję grupową. Ale to nasz logistyk Wiktor to załatwia. Ma chłopak głowę do interesów. Aby się rozbić obsługa jedzie z nami rowerem (własnym) na przygotowane miejsce. Pełna kultura. Miejscówka rewelacyjna. Trawka, blisko prysznice, toaleta, kran, oświetlenie. Normalnie jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Rozstawiamy nasze: M1-Wiktor, M2- dwa Krzysie no i apartamentowiec M3 rozkłada Mikołaj. Dobrze, że Mikołaj ma tak duży namiot, bo czasami to jest nasze Tabernaculum. Po kąpieli szefowie kuchni polowej Krzyś & Krzyś rozpoczynają gotowanie wieczornej uczty. Co by dziś ugotować? Może dla odmiany spaghetti z mielonką w sosie bolońskim, bo dawno nie było takiego dania w karcie. No i może do tak pysznego obiadku czerwone winko Lambrusco. Wybornie będzie pasować. Normalnie palce lizać. A na deser? Czas pokopać w sakwach. Może znajdziemy jakąś czekoladę lub ciastka. No i jest. Czekolada. Zmieniła tylko stan skupienia ze stałego na płynny, ale co to przeszkadza. Pojedli, popili, to siusiu, paciorek i spać. Budziki nastawione na 700. Tryb regeneracji jest aktywny. Ale przeoczenie. Dziś nie było wspólnej Koronki. Ale w Różańcu i na Mszy św. pamiętaliśmy o wszystkich intencjach nam powierzonych. Za zapominalstwo i niedopatrzenie przepraszamy. Więcej grzechów nie pamiętamy. Obiecujemy poprawę. A teraz smacznie głowa do podusi i śpimy. Dobranoc.

 altaltalt

Dzień 11. 06.08.2015         przejechanych: 110km                   średnia 23km/h

Czy się wyspaliśmy? Raczej nie. W nocy było strasznie gorąco. Ponad 30oC. dopiero koło 5 nad ranem zrobiło się troszkę chłodniej. Pobudka o 7. Ale chyba nie spieszy się nikomu aby wstawać, po takiej nocy. Ale trzeba. Poranna toaleta, pakowanie namiotów i wyruszamy w kierunku Ravenny. Na razie bez śniadania. Zjemy po drodze. Przy wyjeździe z campingu modlitwa poranna, aby nam się dobrze jechało prosimy św. Krzysztofa aby miał nas w swojej opiece. Prosta droga, bez żadnych atrakcji, bez stacji, bez sklepu. Normalnie nic. Dwa pasy. Bardzo duży ruch. Nam zostaje tylko pobocze. Przejechanych mamy 20km i nic. O śniadaniu nie ma co marzyć jak na razie. Kolejne 20km. Stajemy i szukamy co każdy ma w sakwach i co się nadaje na szybką przekąskę. Chioggia. W końcu natrafiamy na sklep. Wpadamy, kupujemy na co każdy ma ochotę. Dobrze, że w tym mieście jest tak rozbudowana sieć marketów. Bo inaczej byłoby ciężko. Ale jest już lepiej. Zakupy zrobione. Zadowoleni, z nowymi siłami możemy ruszać do portu. Sottomarina bardzo ładna. Kutry, turyści, kramy. Portowo-turystyczna rzeczywistość w czasie wakacji. Pewnie poza sezonem pustki. Pogoda tradycyjna. Upał i brak wiatru. Jazda promenadą w cieniu rewelacyjna, ale w słoneczku nie wygląda już to tak różowo. Zmieniamy kierunek i ruszamy dalej. Modlitwa południowa. No i znów doświadczamy włoskiej sjesty. Miejscowi pochowani, żar z nieba, a my dalej do przodu. My nauczeni doświadczeniem dostosowujemy się do ogólnie panujących zwyczajów i postoje mamy co 15-20km. Nie ma co się forsować. Kolejna przerwa to wizyta w markecie. Dobrze, że chociaż nie zamykają na sjestę Lidla. Chłodna woda, małe co nieco. Tu jest czas i miejsce na dłużą przerwę w cieniu. Robimy kawkę espresso z naszej kawiarki. Pyszna kawa z mleczkiem. No to może jeszcze jedna. A czemu nie. Poproszę. Po godzinnym odpoczynku i Koronce ruszamy dalej. Jadąc dalej drogą SS309 natrafiamy po lewej stronie na opactwo Pomposa (Abbazia di Pomposa). Na mapie zaznaczone na czerwono-miejsce szczególnie ważne do odwiedzenia. Bardziej wytłuszczonym drukiem jest napisane Codigoro, ale nie ma co się sprzeczać. Opactwo to najbardziej znany i opisywany w przewodnikach skarb północnych Włoch, którego historia sięga VI-VII wieku. Te wiadomości to pojawiły się nam po uruchomieniu Internetu i po wnikliwej analizie po powrocie, gdzie właściwie myśmy byli. Kilka faktów historycznych wyciągniętych z Internetu: na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia powstało tu kwitnące centrum poświęcone modlitwie i pracy. Jego losy splotły się z osobą opata Świętego Gwidona (970-1046). Wewnątrz bazyliki Santa Maria podziwiamy cykl słynnych fresków, inspirowanych twórczością Giotta oraz przepiękną posadzkę mozaikową z marmurowymi intarsjami, datowanymi na VI-XII wiek. Zachodzimy więc do kościoła. Z zewnątrz widać, że kilka wieków przetrzymał. Wnętrze wyjątkowe. Kolumnada po obu stronach. Piękna mozaikowa posadzka. Przepiękne stare freski na bocznych ścianach kościółka. Wychodzimy na zewnątrz. Urzekająca wieża z charakterystycznymi okiennicami. Od dołu stopniowo zwiększają swoje rozmiary i ilość. Bardzo interesujące. Każdy zapamiętał z tego spotkania z tym opactwem parę szczegółów. Ale może będzie tu miejsce do przenocowania. Warto zapytać. Jak coś kościelnego to wysyłają księdza aby się rozeznał w terenie. Więc idę. Celebret w ręku (dla niewtajemniczonych książeczka jurysdykcyjna stwierdzająca, że dany delikwent jest stanu duchownego i ma uprawnienia do sprawowania sakramentów, czyli po naszemu że jest księdzem) i szukamy. Mamy się skontaktować z Don Stefano. Więc szukamy. Oprowadza właśnie jakąś grupę i musimy poczekać. W końcu mamy przyjemność rozmowy z ks. Szczepanem i pytamy o możliwość noclegu. Dobrze, że sami faceci i jeszcze jeden z nich to ksiądz więc dowiadujemy się, że będziemy mogli przenocować w zakonie. Rewelacyjna wiadomość. Jest 1715, a mamy przyjechać o 1845 (dokładnie!) i wtedy nam zostaną otworzone drzwi. Cudowna wiadomość. No to trzeba zaopatrzyć się w jedzenie na wieczór i na śniadanie i gra gitara. Jedziemy do centrum Codigoro jakieś 6,5km, wpadamy do sklepu, robimy zakupy i wracamy. Jeszcze tylko szybki zakup deseru na już: zestaw 12 lodów do spożycia na miejscu i możemy po chwili przerwy wracać. Będąc przed czasem, czekamy na umówiony znak. Widać, że już wszyscy wiedzą, że mamy przyjechać i nocować, bo kierują nas w tajemne zakamarki opactwa. Otwierają się kolejne drzwi, a my wchodzimy do środka. Zakonny wirydarz i fraternia. Tam jest nasza noclegownia. Don Stefano pokazuje nam dwie sale. Tam będziemy spali, oczywiście na podłodze, ale co to ma za znaczenie. Pokazuje nam też łazienkę z prysznicem z zaznaczeniem, że nie ma ciepłej wody. Ale jakie to ma znaczenie. Rozpakowujemy się dostosowując się bardzo rygorystycznie do zasad panujących w opactwie. Kąpiel rewelacyjna. W kranach tylko zimna woda, co w rzeczywistości oznacza tylko wodę ciepłą, bo jest tak nagrzana przez cały dzień, że trudno odnaleźć chłód w kurkach. Zaczynamy szykowanie kolacji. Chcieliśmy zrobić wszystko w wirydarzu, ale wieczorny atak komarów był nie do zniesienia. Nie pomagały środki owadobójcze. Nie pomagało nic. Więc uciekamy do środka i tam kontynuujemy ucztę. W środku jest temperatura tropikalna, więc o spaniu chyba nie będzie mowy. Chociaż po takim dniu chyba zaśniemy. Nie wiem kiedy zasypiamy, ale pewnie szybko. Nawet już nam komary nie przeszkadzają. Efekty i tak widzimy w postaci czerwonych od bąbli nóg i rąk. Ale co tam. Wszystko da się przeżyć. Miłych snów. Uff jak gorąco… no i kolejny komar. I jeszcze jeden. Gorąco. Komar. Komar. Koooo… gdzie jest woda. Gdzie jest buteleczka wody? Gdzie ją postawiłem? O tu jest. Podusia. Spać.



alt

Dzień 12. 07.08.2015         przejechanych: 100km                   średnia 21km/h

Co za noc. Niezapomniane przeżycia. Butelka wody pusta. Pogryziony przez komary. Normalny sen od 5 do 7. Normalnie jak u mnichów. Ora et labora. No to nie ma co się ociągać. Najpierw ora, potem pod prysznic. Dobrze, że woda chłodniejsza. Dziś pierwszy piątek miesiąca. Poranna Eucharystia. Szczególna modlitwa za grzeszników i za każdego z nas z prośbą o miłosierdzie i miłość. W opactwie zawsze jakoś inaczej te modlitwy przebiegają. Jakoś czuje się ten duchowy klimat. Nie żebyśmy nie mieli klimatu i atmosfery duchowej, ale tu jakoś inaczej. Może ta noc nas odmieniła. Z pewnością nasze ciała. Więcej bąbli. Koniec biadolenia. Śniadanie, pakowanie i czas na pożegnanie Don Stefano. Do pożegnania dołącza się jeszcze brat zakonny i życzy szczęśliwej drogi do grobu Karola Wojtyły. Jedziemy do Ravenny drogą: Via Romea. Powiem, że pogoda nas normalnie rozpieszcza. Wczoraj rano 28oC, dziś 29oC. Tylko jechać. Co się działo przez kolejne 45km to szczerze nie pamiętam. Nawet nie za bardzo pamiętam większego miasta, które minęliśmy o nazwie Comácchio. Chyba minęły szybko, albo wolno. Chyba nie było nic ciekawego i godnego uwagi. Droga jak droga. Jedziemy dalej laguną, mijamy liczne campingi. Droga w miarę płaska, może jakieś nieliczne podjazdy ale to wiadukty nad rzekami lub odnogami portowymi. Zapach specyficzny: rybny. Więc specjalnie nic ciekawego. Jedziemy byle szybciej. Na przedmieściach Ravenny wpadamy tradycyjnie do marketu na drugie śniadanie. W sklepie o wiele lepiej. Klimatyzacja i jest ten klimat. Na drugie śniadanie podano do stołu: jogurciki, babeczki, arbuza. Po odpoczynku ruszamy na podbój zabytków Ravenny. Wszyscy bardzo zachwalali zabytki więc czemu i my nie mamy ich zobaczyć. Zaczynamy od Mausoleo di Teodorico. Powiem szczerze, nic ciekawego. Potem jedziemy do Basilica of Sant'Apollinare in Classe. Piękne opactwo z przepięknymi mozaikami. Tam dopiero można podziwiać początki chrześcijaństwa. Atmosferę modlitewną podkreśla śpiew chorału gregoriańskiego puszczony w głośnikach. Zwiedzanie rowerem ma swoje plusy i minusy. Ktoś zawsze musi pilnować dobytku i trzeba czas podzielić na dwa. No ale za to wszędzie wjedziesz. Kolejna bazylika na naszej drodze to: Basilica di S. Giovanni Evangelista. Kościół wart uwagi choćby tylko po to aby poczuć się tak naprawdę w bizantyjskiej świątyni. Następnym punktem naszej wyprawy miała być bazylika San Vitale. Ale panu stojącemu przy bramie ogólnie chyba nic się nie podobało. Strój, bo rowerowy. Rowery, bo na kołach. Na końcu wpadł na genialny pomysł, że trzeba mieć jakiś bilet. No trudno. Odpuszczamy sobie. Przez Piazza del populo jedziemy szukać Duomo di Ravenna. Ale jak w każdym porządnym kościele, tak i w tej katedrze obowiązuje przerwa do 14. No to jedziemy gdzieś, aby zabić czas. W sumie to co mieliśmy zobaczyć to już zobaczyliśmy. Aha. Obok katedry jest przepiękny kościółek – baptysterium. Battistero degli Ariani. Tam można było podziwiać przepiękne mozaiki. Warto to zobaczyć. Po przerwie, gdy weszliśmy do katedry powiem, że mnie nie zachwyciła. Podobne zdanie mieli Wiktor, Krzysiek i Mikołaj. Więc ta świątynia nas nie urzekła. Może dlatego, że spodziewaliśmy się czegoś monumentalnego, wyjątkowego, urzekającego. Krótka modlitwa i ruszamy dalej. Wiemy jednak, że dobre czas braku podjazdów niebawem się skończą i trzeba będzie znów zaliczać wspinaczkę. Ale to za jakieś kilka kilometrów. Może kilkadziesiąt. Nie dramatyzujmy. Dramat to wyjechanie z Ravenny. Dobrze, że uspakajamy nerwy wspólną Koronką do Miłosierdzia Bożego. Dojeżdżamy do ogromnego ronda. Co dalej. Gdzie jesteśmy. Z pomocą przybywa sympatyczny Włoch, który pokazuje nam gdzie jesteśmy. Nie pocieszył nas. Przed nami przejażdżka Via Adriatica jakieś 7 km, aby dojechać do drogi nr 118 do Rzymu. Jest to droga alternatywna do autostrady w tym samym kierunku, ale tam nie wolno nam jechać. Chociaż znając nas, pewnie i też w tej materii byśmy coś wymyślili. Na rondzie pod prąd, zawracanie na sześciopasmowej mamy za sobą, więc i tu też byśmy dali radę. Kierunek Cesena. Powietrze bardzo gorące. Ciężko się oddycha, nie wspomnę o większym wysiłku. Tu chcesz pospieszyć, a tu normalnie się nie da. Jedziesz, a jakbyś stał. Robimy postój bo dzwoni do nas redaktorka Radia Rodzina. Słuchawkę dostaje po kolei: Wiktor, Krzysiek, Mikołaj. To co powiedzieli można streścić: Jak się jedzie? Co ciekawego na trasie? Czy dajemy radę? Twoje wrażenia? Może za bardzo spłyciłem te pytania. Bo zrobiły się takie tendencyjne i z pewnością Pani Adzie jak i chłopakom nie przypadną do gustu. Po tym radiowym postoju ruszamy dalej. Dojeżdżamy do maleńkiej miejscowości: Pievesestina. To przemysłowe przedmieścia Ceseny. Tam trafiamy na pobliską parafię, aby zapytać o możliwość rozbicia namiotów lub noclegu. W drzewach plebanii wita nas sympatyczny Don/Padre, który z uśmiechem na twarzy nas wita. Pokazuje mu celebret, wyjaśniam z Wiktorem, kto my jesteśmy, skąd jedziemy i dokąd zmierzamy. Nagadaliśmy się, a okazało się, że nasz Don nie mówi po angielsku. No a my po włosku. Zapytał tylko czy chodzi o: dormire, na co my entuzjastycznie odpowiedzieliśmy, że tak. Reakcja była natychmiastowa. Nowo poznany Don prowadzi nas do nowo wybudowanego oratorium św. Krzysztofa. Pokazuje łazienkę, toaletę i wielką salę. Podłogi wystarczy aby ululać niezłą kompanię wojska. Pyta nas czy chcemy coś zjeść: mangiare i o miejsce posiłku: cuisine. Mangiare mamy własne, a cuisine też mamy ze sobą więc dziękujemy za okazaną życzliwość. Pyta czy chcemy odprawić Mszę św., bo w kościele będzie Eucharystia o godz. 20. Informujemy, że już odprawialiśmy rano. Żegnamy się i przystępujemy do działania. Kąpiel i przygotowania do kolacji. W trakcie inspekcji: co? Gdzie? i dlaczego? znajdujemy w naszym wielkim pomieszczeniu klimatyzację. Przecież nawet nie wiecie jak można z takiej rzeczy się cieszyć. W pomieszczeniu, w którym panuje temperatura 32oC można zrobić 24oC. Normalnie rewelacja. Uśmiech na czterech twarzach od ucha do ucha. Więc tym bardziej nasza kolacja będzie wyborna. Cuisine K&K przygotowuje: danie pierwsze: zupa cebulowa. Danie drugie: kaszka kus kus wraz z mielonką w sosie pomidorowo-pieczeniowym. Do obiadu szef kuchni poleca schłodzone wino: Lambrusco. Ale szalejemy. W trakcie przygotowań kulinarnych trwa również akcja pranie. Z suszeniem nie będzie raczej problemów. W zakamarkach tej wielkiej sali Krzysiek znajduje piłkę i zaczyna się akcja: szybki mecz. Razem z Mikołajem wybiegają na pobliskie boisko, ale jak szybko wybiegli tak szybko wbiegli, bo zostali poproszeni o nie granie w trakcie podlewania murawy. No i po wielkich planach. Przystępujemy do uczty. Rozmawiamy, śmiejemy się i omawiamy przygody z dnia i z tych poprzednich. W sumie to chyba nikt nie myśli o kolejnych. Ale czas spotkania z Wiecznym Miastem coraz bliżej. Po długich dyskusjach kładziemy się spać w warunkach idealnego snu i perfekcyjnej temperatury. Aż miło powiedzieć: dobranoc.

 alt

Dzień 13. 08.08.2015         przejechanych: 95km                     średnia 17km/h

Noc była sympatyczna. Nawet wyłączyliśmy klimatyzację, ale nad ranem znów musieliśmy skorzystać z dobrodziejstwa oratorium. Niektórzy budzą się jeszcze przed 7, a są i tacy, którzy nie za bardzo spieszą się wyłączyć budzik przykrywając się śpiworkiem. Szybka kąpiel na dobry początek i wspólna Eucharystia. Jak już zdążyliście zauważyć na te wszystkie poranne czynności mamy tylko 1,5h. zazwyczaj nam wystarcza, ale niekiedy tempo jest wysokie. Zwłaszcza jak dochodzi poranna Msza św. Szybkie śniadanie, co kto złapie w locie, a inny nie zauważy. Spokojnie. Dla każdego wystarczy i je tyle ile potrzebuje, natomiast nie ma na to zbyt dużo czasu. Rytualne czynności poranka kończy fakt zapakowania sakw na rower i ułożenie suszarni, czyli to co nie wyschło przez noc ląduje wszędzie, aby przez pierwszy etap podróży mogło już być zdatne do używalności. Nie zawsze są jednak warunki na otwarcie suszarni, gdyż pogoda nie zezwala na takie rarytasy i wtedy mokre lub wilgotne rzeczy lądują w osobnej kieszeni zawinięte szczelnie w worek i czekają na lepsze czasy. Modlitwę poranną mamy w kościele, po czym żegnamy się z gospodarzem miejsca i ruszamy w dalszą drogę pod górę. Ruszamy przed 9, ale pogoda przypomina, że jesteśmy na południu Europy i słońce mocniej przypieka. Tradycyjnie smarowanie kremem do opalania filtr 50, co by nie cierpieć. Przejeżdżamy 30km i zatrzymujemy się na drugie śniadanie w Borello. Czujemy, że cały czas będziemy teraz musieli podjeżdżać pod górę, bo przed nami Umbria, a tam królują góry Apeniny. W tej naszej przecince przez Włochy zahaczamy o trzy krainy. Z Emilia-Romagna przejeżdżamy przez wschodnią część Toskanii i zachodnią Marche, aby przejechać prawie całą Umbrię do Lazio. Z tej lekcji geografii wracamy na nasze podwórko i koncentrujemy się na śniadanku nr 2. Dżem, croissanty oraz arbuz to przysmaki na naszym stole. Przyszłam nam również refleksja: dlaczego tak nam ciężko idzie? W sumie dobre pytanie, tylko że bez odpowiedzi. Bo co mamy powiedzieć: bo gorąco, bo wiatr w twarz, bo pod górę, bo mamy sakwy, bo… bo to pielgrzymka. Na tym etapie naszego rajdu spotykamy wielu, ale to wielu amatorów rowerów. Włosi to uwielbiają. Grupy wiekowe: przedział od młodzieży poprzez dorosłych do emerytów. Każdy na swojej szosówce. A sprzęt powiem Wam, że mają nieziemski. Wycyckane rowery: Cannondale, Bianchi, Specialized, Pinarello. Podziwiamy i pozdrawiamy. Mijając grupkę cyklistów to najczęściej powtarzane słowa zapamiętane przez nas: ciao lub salve. Po minięciu w sumie około 150 kolarzy amatorów jesteśmy ekspertami w tych słowach. Pierwsza przeszkoda na naszej drodze. Kilka dni temu w tych rejonach przeszła straszna nawałnica. Pozmywało co się dało i pozrywało co się udało. Zmyło też i drogę. Góra obok drogi się obsunęła z kamieniami i błotem i nie ma drogi. Więc objazd. Oj powiem wam, że pod górę to myśmy wtedy ostro pedałowali. Żeby dostać się do Mercato Saraceno, trzeba było objechać zawaloną drogę w Bivio di Montegelli. Podjazdy były wyczerpujące. Ale jedziemy dalej. Ale upał. O 10 było 320C, a południe na naszej modlitwie było 400C. dobrze, że w każdej miejscowości są kraniki z wodą do picia, więc napełniamy nasze bukłaki. 1,5l wody idzie w przeciągu godziny. No co mam wam powiedzieć. Dokładnie wiecie jak w tym samym czasie było we Wrocławiu. Upał. I my i Wy mieliśmy to samo. Nam dochodziły podjazdy (jeden taki był z 16% wzniesieniem), ale trzeba jechać. Postoje coraz częstsze. Tragicznie nie jest, ale wesoło też nie. Chociaż próbujemy się śmiać na każdym postoju ilekroć zobaczymy cokolwiek co może nas rozśmieszyć. Jakbym miał opowiedzieć coś o krajobrazie to niezmiennie pod górę, obok pola i łąki, po lewej stronie wyższe góry, po prawej równe z nami bo na się wdrapujemy. Postój dłuższy robimy o 15 na czas Koronki i chyba, żeby odpocząć na dobre od upału. Najlepsze jest to, że aby dojechać do naszego celu na wysokości 412 m n.p.m. musimy najpierw wdrapać się na 815 m n.p.m. Paradoks. Z trudem wdrapujemy się na szczyt. Powiem szczerze. Mam kryzys. Jechałem ostatni i to spory kawałek za chłopakami. Straciłem motywacje. Poległem na polu chwały. Siedzę na szczycie i myślę o wybawieniu. Może autobusik nas zabierze? Przynajmniej mnie. Pertraktacje z kierowcą nie przynoszą rezultatu. Trzeba jechać dalej. Chcielibyście zobaczyć moją minę wtedy. Nie do opisania. Pocieszeniem jest zjazd ze szczytu. Hahahah. Tylko 3 km, aby potem podjechać nachyleniem 10% na wysokość 853 m n.p.m. Montecoronaro. To już nawet chłopakom się nie podoba. Mimo, że wdrapują się na szczyt to jednak coś nie za bardzo im do śmiechu. Jak mnie zobaczyli wdrapującego się na ostatniej prostej to krzyczeli, że to już koniec i będziemy jechali w dół! Na szczycie jest mapka i rzeczywiście. Wdrapaliśmy się najwyżej jak się dało w tej okolicy. Jedziemy w dół. Zdążyliśmy zjechać 5 km, aby się okazało, że droga jest zamknięta. A jedyna opcja to autostrada. Po prostu rewelacja. Widzimy, że obok betonowych słupów ktoś już jechał więc i my jedziemy. Najwyżej będziemy kombinować. Druga koszmarna. Dziury, bez pobocza, krzaki. Nagle widzimy, że pół drogi zabrała rzeka i powstało niezłe urwisko. Jedziemy dalej. Dobrze, że w dół. Pędząc w dół (40-50km/h) widzimy jak szybko mija nam kolejne 10 km. W końcu dojeżdżamy do miejscowości Pieve Santo Stefano. Duża miejscowość i wielu mieszkańców na ulicach, w restauracjach, spacerujących w różnych kierunkach. Pytamy o główny ośrodek kultu religijnego w tej miejscowości – czyli kościół parafialny. Okazuje się, że są 2. Jeden to sanktuarium Matki Bożej, a drugi pod tym samym wezwaniem co nazwa miasta. Dojeżdżamy do rynku widząc kościół z pięknym malowidłem na fasadzie przedstawiającym ukamienowanie św. Szczepana. Kierujemy kroki na plebanię w celach tradycyjnego pytania: czy można gdzieś tutaj znaleźć miejsce do spania. Oczywiście emisariusze wysłani. Ksiądz z wiadomym dokumentem i główny logistyk Wiktor, Krzyś pojechał zapytać tubylców i rozeznać się w terenie, natomiast Mikołaj otrzymał zadanie koordynacji całego zamieszania. Na plebanii nikogo, a Krzyś wraca z informacją, że Padre/Don jest w sanktuarium i wraca po 19. No przecież. Jutro niedziela to wieczorną Eucharystię trzeba odprawić. Czekamy na Dobrodzieja. W końcu chwilę po 19 przybywa na rynek miejski Don Juan. Bardzo sympatyczny ksiądz, który bardzo dobrze włada językiem angielskim co pozwala nam na negocjacje. Widać, że nie jesteśmy pierwszą taką grupą i proboszcz wie o co chodzi. Udaję się po stosowne klucze, aby pokazać nam apartamenty. W domu Caritas mamy do dyspozycji: sale/parking dla rowerów, duży salon do spania, łazienkę-toaletę-prysznic w jednym, mniejszy pokój z łóżkiem oraz mały pokój do spożywania upragnionej kolacji. Jesteśmy bardzo zadowoleni tym rozwojem sytuacji. Otrzymujemy klucze, a Don Juan życzy nam wszystkiego dobrego, przekazując instrukcje. Najlepsza jest łazienko-toaleta. Rozbawiła nas bardzo. Kto wie jak to we Włoszech wygląda to pewnie śmieje sią razem z nami. Wszystko w jednym. Ubaw po pachy. Najważniejsze, że jest i możemy się kąpać; co niezwłocznie czynimy. Pozostałe potrzeby zostawiamy na później (z wiadomych względów). Przed kościołem w tym samym czasie rozkładają dmuchańce dla dzieci (dmuchane zamki do skakania i dmuchane piłkarzyki dla dorosłych). My spożywamy kolację: zupa, makaron, resztki mielonki. Mimo, że chyba jesteśmy zmęczeni postanawiamy wyjść zobaczyć dostępne atrakcje. Tłum mieszkańców gromadzi się przy licznych miejscach wspólnych gier. Restauracje pełne, a stoliki pod parasolami okupowane od dawna. Idziemy dalej. Natrafiamy na lodziarnię. Pyszny, zimny i słodki lód jest w tym czasie wskazany. Dokonujemy zakupu odpowiedniej ilości gałek i siadamy zadowoleni z wieczornego relaksu. Pora już późno, więc czas na pranie, wieszanie i sprzątanie. Jutro będzie ciężko wstać, skoro kładziemy się grubo po północy. Więc cóż powiedzieć: dobranoc.

alt

Dzień 14. 09.08.2015         przejechanych: 95km                     średnia 18km/h

Dzień Pański. Niedziela. Czas wypoczynku i relaksu. Dzień dla Boga i najbliższych. Pamiętaj abyś dzień święty święcił. W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy św. i powstrzymywać się od prac niekoniecznych. To po co koniecznie trzeba wstać o 7? Nie narzekaj. Inni mają gorzej. Noc bardzo sympatyczna. Wszyscy chyba wyspani. Po porannej toalecie lub prysznicu (w końcu to i tak to samo miejsce) odprawiamy świąteczną Eucharystię. Nie ma to jak dobrze rozpocząć Niedzielę. Pakujemy się, znosiły nasze sakwy na dół i żegnamy się z Don Juanem dziękując mu za gościnę. Rynek pusty, po dmuchańcach ani śladu. Wszystko normalnie jak w niedzielny poranek. Dowiadujemy się, że od 830 jest otwarty market. No to pięknie. Będzie smaczne śniadanko. Serek biały, dżem, bułeczki, jogurty. Po idealnym porannym posiłku ruszamy w dalszą drogą. Kierunek Sigiliano. Objeżdżamy piękne jezioro Lago di Montedoglio. Cała ta operacja to przejechanych 10km. Dalej jedziemy w kierunku Anghiari. Patrząc na widoki, to powiem że jezioro w otoczeniu gór o poranku wygląda cudownie. Tak jak wczoraj, tak i dziś mijamy na trasie wielu rowerzystów. Dobrze, że trasa w miarę płaska, ale coraz bardziej w miarę zbliżania się do południa doskwiera nam upał. W południe wiedząc, że trzeba odpocząć w ten upalny dzień zatrzymujemy się w lokalnej restauracji turystycznej na kawę i lody. Powiem, że słońce dawało z siebie ile mogło. A my nie spiesząc się siedzimy i gadamy prawie przez godzinę. Kolejne 14km to istne wyzwanie dla każdego z nas. Przecież ten podjazd był tak wyczerpujący, że języki z otwartej buzi szorowały po asfalcie. Żar z nieba. Powietrze jest tak gorące, że samym dmuchaniem można się poparzyć. Postoje co 4km. W końcu wjeżdżamy na długo wyczekiwaną górkę, wzniesienie, szczyt. Patrzymy wokoło a tu piękne widoki. No cóż. Jak się wjechała na jeden z wyższych szczytów w okolicy to musi być super widok. Ale z tego pięknego widoku wynika jeszcze jedna rzecz – cudowny, oczekiwany, wymarzony ZJAZD. Te wszystkie ehy i ohy zostawiamy na szczycie. Bo ten zjazd to powiem, że oprócz tego że w dół to dał czadu. Tu pragniesz cieszyć się zjazdem, radujesz się widokami, a tu trafiasz co chwilę na takie podmuchy wiatru, że zastanawiasz się czy masz już bąble od oparzeń czy nie. Buchało w nas tak gorące powietrze (z lekką ręką ponad 500C), że aż cofało do tyłu. W połowie zjazdu stajemy aby zrobić pamiątkowe zdjęcia i zaczynają się wygłupy. Nakręcamy film: prognoza pogody wg Jarosława Kreta. Tylko to nam zostaje. Obrazując sytuację pogodową, w dole widzimy piękne miasto Castiglion Fiorentino we mgiełce. Na co Wiktor w iście aktorskim wykonaniu, bardzo obrazowo i humorystycznie informuje nas i tych którzy owy filmik będą oglądać, że ta mgiełka to tylko nagromadzone ciężkie, gorące powietrze, które nie ma ochoty nigdzie się ruszać. Gestykulacją pobija mistrza pogodynek Jarosława Kreta, a wdziękiem i prezencją wszystkie Panie Pogodynki. Koniec wygłupów, czas jechać w dół. Dojeżdżamy do miasteczka. Żywego ducha na ulicach. No i jedź tu człowieku dalej. Do pokonania jeszcze 30km. Cortona, a za nią Castiglione del Lago. W połowie odcinka zaczyna grzmieć. Nadciągają pomału ciężkie chmury. Czyżby miało padać? Jesteście pewnie zdziwieni, no tak jak my. Ale najlepsze dopiero nadejdzie. Poczekajcie. Mikołaj z Krzyśkiem pierwsi meldują się przy jeziorku. I wskakują do wody, aby się ochłodzić. Ja z Wiktorem dojeżdżamy później już w lekkim deszczyku, więc o kąpieli nie ma mowy. Chłopaki i tak szybko wyskoczyli z wody, bo jak zaczęło błyskać i grzmieć to szybko kończyli atrakcje. Czekał nas jeszcze jeden podjazd do miasta, gdzie na szczycie znajdował się kościół i zamek warowny. Miejscowość stoi na cyplu, na zachodnim brzegu jeziora Trasimeno. Miasto swoją nazwę wzięło od połączenia słów Castellum Leonis (Zamek Lwa), a jego znaczenie strategiczne jest już znane Imperium Rzymskiemu. Udajemy się do kościoła San Domenico, wybudowanego w XVII w. jako wotów złożonych ślubów książęcych. Przejeżdżamy już w strugach deszczu przez starówkę i prawie w ostatniej chwili chowamy się w kościele przed potężną ulewą. Koło jeziora zlokalizowane zostało pole namiotowe. Ale w takiej sytuacji rozkładanie namiotów i noc mogłaby być nie lada wyzwaniem. Znów misja kościelna nas czeka. Ksiądz i Wiktor pukają do drzwi plebanii. Otwiera młody wikariusz, który nie za bardzo włada językiem angielskim przez co kontakt i nasza prośba nie zostaje rozpatrzona. Prosi nas abyśmy skontaktowali się z administratorem parafii, który będzie o godz. 19. Powiem, że i tak nie mieliśmy zamiaru się ruszać, bo patrząc na stragany na starówce to dziwimy się dlaczego jeszcze nie fruwają, bo tak wieje oraz dlaczego nas nie zalewa, skoro z nieba aniołowie spuszczają wodę z basenów. Ale pompa. A do tego tak jasno od piorunów to nie było chyba nawet w pełnym słońcu. my schowani w kościele, podobnie jak inni turyści i miejscowi. Kiedy deszcz na chwilę przestaje padać, znów wraca życie na wąskie uliczki Zamku Lwa. My także korzystamy z okazji aby pooglądać starówkę. Mamy przyjemność degustować lokalne produkty: sery, kiełbasy i wina, a do tego makarony w różnych kolorach i kształtach. Zbliża się godzina 19. Z pewnym niepokojem znów stajemy przed drzwiami plebanii. Możemy już rozmawiać z administratorem. On również nie włada językiem angielskim, ale coś myśli jak nam pomóc. No i n naszej drodze znów pojawia się Anioł. Rodzina z Polski, która od wielu lat mieszka pod Rzymem. Ci mili Państwo są naszymi tłumaczami. Nasza prośba pięknie wybrzmiała w języku włoskim i pozytywnie została rozpatrzona. Ma po nas przyjechać człowiek, który nas zaprowadzi do oratorium. Bardzo lubimy Włochów za oratoria. Zaczyna znów lać. Przybywa umówiony człowiek, Rodzince.pl dziękujemy za pomoc i jedziemy za samochodem pilotem. Już nawet nam deszcz nie przeszkadza. No może trochę… bardzo… no nie, znów będzie wszystko mokre. Docieramy na miejsce. Sala koło stadionu. Jest w końcu sucho i nie pada na głowę. Jest dobrze. Wcześniejsze zapewnienia, że deszcz zaraz przestanie padać się nie sprawdzają. Pada i będzie padało przez całą noc. Do świtu ulewa. Lokujemy się: każdy w swoim kącie. Po rozpakowaniu i kąpieli przygotowujemy nasz wieczorny posiłek. Wiecie, że przez ten deszcz nawet nie pamiętam co jedliśmy. Było tego dużo. Aha już pamiętam. Były dwie zupy: barszcz ukraiński oraz żurek. A na drugie danie chyba kaszka kus kus, nie wiem czy ktoś jeszcze znalazł mielonkę. Nie pamiętam. Sos na pewno jakiś był, bo nam zostało dużo torebek. Mało istotne. Najedzeni, pod dachem czekamy na jutro. Jeszcze tylko pranie i do spania. Fajnie powiedzieć, bo jak tu zasnąć jak atakują nas jakieś robale i owady. Co chwila słychać plask dłoni. To znak, że coś zostało trafione. Po pół godzinie walki już nam się nudzi. Zasypiamy.

alt

Dzień 15. 10.08.2015         przejechanych: 80km                     średnia 16km/h

Jak pięknie wygląda poranek, kiedy na niebie pojawia się słonko. Powiecie, że najpierw narzekają, a teraz chwalą. W sercach naszych słychać śpiew: Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka… No to więc wstajemy o 7 rano zwyczajem pielgrzymkowym. Poranek rześki więc od razu przystępujemy do porannej toalety i działania. O dziwo zebraliśmy się do 8. Modlitwy poranne i ruszamy do sklepu na śniadanie. Śniadanie: babeczki z dżemem to przysmak Krzyśka i Wiktora, Mikołaj lubi tradycyjne posiłki poranne czyli bułeczki i pasztet. Ja natomiast postanowiłem zaszaleć. Rozłożyłem się z kuchenką przed marketem i usmażyłem jajecznicę z boczkiem. Ale nie można zakończyć porannego posiłku bez kawy. Cappuccino oraz espresso – poranny rozruch. Ruszamy do codziennego boju. Trasa płaska więc jakoś idzie. Nawet było szybko i dół bo przed Chiusi mamy długi zjazd. Oczywiście musi być i podjazd. Dojazd do Citta della Pieve to 6 km wdrapywanie się na szczyt. Zapytacie pewnie po co? A po to żeby znów zjechać. Na szczycie wpadamy do parku, aby poszaleć. Krzysie bujają się jak dzieci na huśtawkach, Wiktor robi zdjęcia, a Mikołaj studiuje mapę. Ale to nie koniec naszych dzisiejszych radości. Jak już raz wjechałeś w górki to z nich tak łatwo nie wyjedziesz. A żeby było weselej chmurki pomału przynoszą kolejną burzę. Monte Leone d’ Orvieto to szczyt, który nas zatrzymuje. A dokładnie najpierw market i zaopatrzenie, a później bardzo, bardzo ciemne chmury. Więc przymusowy postój. Chowamy się w restauracji. Powiem, że zastanawiałem się czy nie rozwali się ten budynek, jak dosłownie kilkadziesiąt metrów od nas uderzył piorun. To są atrakcje. Nawałnica trwa 1,5h. Przestaje padać, a my czym prędzej na rowery i dalej. Po przejechaniu dosłownie 2km dopada nas druga tura nawałnicy. Cali mokrzy chronimy się pod szklanym daszkiem przystanku. Zrobiło się bardzo chłodno. Mijają kolejne minuty, godziny. A tu ani myśli przestać. W końcu dosyć tego padania. Możemy wyjść z ukrycia i ruszyć dalej. Kierunek Febro. Myśleliśmy, że obok autostrady jest droga alternatywna, która doprowadzi nas do Orvieto. Ale jednak pomyłka. W drodze do Carnaioli znów zaczyna padać. Rewelacyjny dzień. Trzeba było jechać w przeciwnym kierunku a nie non stop gonić burzę. Nie ma sensu dalej jechać rowerami bo mokrzy nic nie zdziałamy. Postanawiamy podjechać do Orvieto pociągiem. O 1707 jest nasz wybawca na szynach. Komunikat: Pociąg opóźniony o 52 minuty. Nie dość, że wszystko i tak było na styk to te opóźnienie wszystko nam komplikuje. Docieramy w końcu do Orvieto, ale dojazd do bazyliki cudu eucharystycznego to podjazd przez 4km nachyleniem 10%. Dzień pod górkę. Dojeżdżamy do przepięknej bazyliki, ale możemy tylko pocałować klamkę. Przepiękny średniowieczny kompleks z wąskimi, kamiennymi uliczkami wijącymi się wieloma nitkami na szczyt wzgórza gdzie króluje XIV-wieczna katedra Duomo, której widok fasady zapiera aż dech w piersiach. Budowa orvietańskiej katedry trwała trzy wieki, a jej historia zaczyna się w 1263 roku i jest związana z cudem w Bolsenie gdy z hostii trzymanej przez księdza na obrus ołtarza spłynęła krew. I właśnie na pamiątkę tego wydarzenia rozpoczęto budową katedry, a w kalendarz świąt chrześcijańskich wpisano święto Bożego Ciała. w tym szczególnym miejscu postanawiamy uczcić Sakrament Eucharystii odmawiając Litanie do Najświętszego Sakramentu. Polecamy szczególnie te intencje, które wieziemy od samego początku. Myśleliśmy, że zdążymy odprawić w tym miejscu Eucharystię, ale plany uległy zmianie. Szukamy więc noclegu. W miasteczku nigdzie nie ma wolnych miejsc. Więc trzeba jechać dalej. W kierunku Bolseny. Według przewodnika poznanych wcześniej szwajcarów do kampingu jest tylko 8km. Więc jedziemy, wiedząc że jest późno (godz. 1920) i będzie coraz ciemniej. Po drodze szukamy noclegów, ale wszystko pozajmowane. Z tych 8 km zapowiedzianych zrobiło się ponad 20 km, z tego 15 km to wjazd pod górę (630 m n.p.m.), czyli ponad 400 m przewyższeń. Jeszcze przepiękny widok na oświetlony kompleks w Orvieto i dalej. Do przodu. Dobrze, że mamy oświetlenie, bo w pewnym momencie zapadają takie ciemności, że mało co widać. W końcu upragnione światełka Bolseny. W oddali coś się błyska. Czyżby na nasze powitanie odpalili fajerwerki. Fajerwerki to będą w nocy. Na razie, to gramy ile sił w nogach na kamping koło jeziora. Jest upragnione miejsce do spania. Godzina 2220. Padnięci rozbijamy się w dość szybkim tempie, bo zbliża się burza. Po rozłożeniu namiotów, gromadzimy się wokół Stołu Eucharystycznego. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Szybka kąpiel, i szybkie przygotowanie kolacji. Już grzmi. Jemy i do namiotów. Znów leje. Trudno. Dobrze, że my już w namiotach. Zasypiamy po chwili.

alt

alt

Dzień 16. 11.08.2015         przejechanych: 50km                     średnia 19km/h

Wstajemy o godz. 8. Chyba jesteście zdziwieni, dlaczego tak późno. Postanawiamy odpocząć. Jak już wspomniałem w nocy grzmiało, padało i wiało. Ale za to poranek jest cudowny. Słońce od rana mocno grzeje. Dlaczego nie skorzystać z tak pięknej pogody i nie wykąpać się w jeziorze bolseńskim. Mikołaj, Krzyś i ja idziemy popluskać się z rana. Woda cieplutka, ale lekko zanieczyszczona. Dno zamulone więc nie ma tak wielkiej frajdy. Wychodzimy z wody i idziemy się myć, a później konsumujemy śniadanko. Co kuchnia poleca w tak piękny poranek. Smażone kiełbaski, herbatka oraz chleb z nutellą. Mieszanka wybuchowa. Ale wszyscy jeszcze żyją. Wyruszamy o 1030! Kierunek Viterbo. Chcemy zobaczyć słynną katedrę. Na przedmieściach natrafiamy na ulubiony przez nas market Conad, gdzie kupujemy potrzebne nam produkty i napoje na dalszą część dnia. Wjeżdżając w mury średniowiecznego miasta możemy zauważyć przepych i piękne Starego Miasta. W czasach średniowiecza Viterbo było jednym ze znaczących miast Italii. W XIII wieku do Viterbo na kilkadziesiąt lat przeniósł się dwór papieski. Tam w latach 1257–1281 rezydowało pięciu papieży. W Viterbo odbyło się najdłuższe w historii Kościoła konklawe, zakończone ostatecznie wyborem Grzegorza X, które zdeterminowało na zawsze sposób wyboru kolejnego następcy św. Piotra. Po przeniesieniu się papieży najpierw do Orvieto, a potem do Awignionu, Viterbo podupadło na znaczeniu. Nawiedzamy miejsca związane z życiem dworu papieskiego począwszy od Katedry San Lorenzo, poprzez Palazzo del Papi, aż do przepięknych kościołów rozsianych w różnych zakątkach miasta. Ale aby to wszystko zobaczyć nieustannie jeździmy góra, dół i wokół. Jak już wszystko nawiedziliśmy i zwiedziliśmy to czas na… tradycyjny deszcz. No i jak tu jechać dalej. Rozpadało się i to na dobre. Nie ma co. Jedziemy na dworzec i jedziemy już do Rzymu, bo tak to my nigdy nie dojedziemy do celu. Wsiadamy do pociągu i zdążamy do Rzymu. Każdy pewnie chciał mieć fotografię w tle napis ROMA, ale musimy odpuścić sobie te atrakcje.  Wysiadamy na stacji Roma S. Pietro. Do miejsca naszego przeznaczenia mamy nie daleko. Wjeżdżamy na Plac św. Piotra. Wielka euforia i radość. Licznik pokazuje 1530 km. Ludzie robią nam zdjęcie, a my sobie wzajemnie gratulujemy i przez godzinę cieszymy się robiąc zdjęcia w przeróżnych pozach. Najbardziej rozchwytywanym modelem do zdjęć jest Krzyś Maj, któremu chce towarzyszyć nie jedna Japonka no i jedna Salwadorka. Okazało się, że staliśmy się atrakcją na placu. A i Polacy chcieli mieć z nami zdjęcie na pamiątkę. Podsumowując naszą wyprawę: 14 dni na siodełku. Czechy, Austria, Słowenia i Włochy. Nasze trofea. Po wszystkim jedziemy do naszego apartamentu Ruben Penthouse. Jest nerwowa sytuacja, bo nikt nie odbiera telefonu i nie mamy jak dostać się do apartamentów. W końcu po wielu próbach kontaktujemy się z Rubenem, który przyjeżdża do nas w przeciągu 30 min. Pomocną służy nam właściciel pobliskiej restauracji. Na koniec mówimy, żeby czekał na nas bo przyjedziemy do niego na kolację. Dostajemy się w końcu do naszych pokoi. Jest idealnie. 2 sypialnie z ogromnymi łóżkami (to uwielbiamy: łóżko, a nie karimata) salon, taras, kuchnia i łazienka. Pełen komfort i profesjonalizm. Omawiamy szczegóły naszego pobytu i płatności. Kąpiemy się i przygotowujemy dziękczynną Eucharystię. Wspominamy tych wszystkich, którzy pomogli nam na trasie, którzy nas gościli i tych co prosili nas o modlitwę. Modlimy się też za siebie. Chyba pierwszy raz. Po zakończonej uczcie duchowej idziemy na ucztę cielesną. Cztery porcje spaghetti carbonara to jest to czego teraz potrzebujemy. Siedzimy i rozmawiamy. W sumie szkoda, że to już koniec naszej jazdy, a z drugiej strony mamy lekki wstręt do rowerów. Wracamy i w sumie szybko zasypiamy.

altalt

Dzień 17. 12.08.2015         przejechanych: 0km nie liczymy kroków po Rzymie Noc była komfortowa i wyśmienita. Po tylu dniach leżeć w łóżku, czuć powiew chłodu z klimatyzatora i budzić się oczywiście o 7 rano, ale nie musisz już się pakować, spieszyć i wsiadać na rower. Dobrze, że rowery stoją na tarasie, bo już nie możemy na nie patrzeć (ten wstręt zazwyczaj trwa 1-2 dni). Jemy szybkie śniadanie i żywym krokiem ruszamy na Plac św. Piotra na Audiencję Generalną z Papieżem Franciszkiem. Mamy do przejścia 4,5km. Do kolejki stajemy chwilę po 9. Audiencja ze względu na upały odbywa się w Auli Pawła VI. Każdy będzie tam pierwszy raz. Boimy się, że nie dostaniemy się do środka. Nagle gwardia przestała wpuszczać przez pierwsze bramki. Ale chwilę przed 10 dostajemy zielone światło, przechodzimy przez bramki ochronne i biegniemy do Auli. Nie udaje nam się dostać w bliskie sektory, ale metodą przepraszam, przepraszam, sorry mamy dobre strategiczne miejsca. Czekamy na przybycie Papieża. Przechodzi bardzo blisko nas. Wiktor ma okazję przywitać się przez podanie ręki za następcą św. Piotra. Krzysiek i Mikołaj mają dobre miejsca ze względu na swój wzrost. Natomiast ja z trochę niższej pozycji mam okazję spotkać kolejnego papieża w moim życiu. Wsłuchujemy się w słowa katechezy opartej na pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, mówiącej o świętowaniu, modlitwie, pracy oraz rodzinie. Papież pozdrawia także grupę pielgrzymów z Polski z czego jesteśmy bardzo dumni. Znów jesteśmy jedną z liczniejszych i głośnych grup pielgrzymkowych. Po audiencji udajemy się na spacer rzymskim ulicami. Idziemy w kierunku Pałacu Anioła, aby przez most Vittorio Emanuele II przejść Tyber. Udajemy się przypadkowo do kościoła Santa Maria in Vallicella (Matki Bożej w Dolince) Kościół zbudowany został z inicjatywy św. Filipa Neri i przy wydatnym finansowym wsparciu papieża Grzegorza XIII. Szczerze powiem, że bardzo lubię tego świętego, gdyż był bardzo pogodnym i uśmiechniętym. Otoczony dzieciakami dążył do świętości w radości. W tym kościele otrzymujemy słuchawki aby wysłuchać historii kościoła. Ku naszemu zaskoczeniu udaje nam się odprawić Eucharystię w kaplicy, gdzie w szklanej trumnie znajdują się doczesne szczątki św. Filipa Neri. Ja nie mając ani koloratki, ani dokumentów kapłańskich świadcząc na słowo otrzymuje pozwolenie na sprawowanie Mszy św. w tym pięknym kościele. No tak, może poznali po facjacie, bo taka kościelna (uśmiech). Wyjątkowa Eucharystia. Radosna a zarazem podniosła. Wszystkim dziękujemy za pomoc. Oczywiście chłopcy nie omieszkali wypomnieć mi, że szwendam się po Rzymie bez dokumentów. Wychodzimy z kościoła i idziemy w kierunku Coloseum. Nawiedzamy kościół św. Andrzeja, gdzie mamy telefon z Polski. Dzwoni Pani Adrianna i pragnie nas połączyć ze słuchaczami Radia Rodzina. Ja i Wiktor mamy okazję podzielić się wrażeniami i podziękować wszystkim za modlitwę oraz wsparcie na trasie pielgrzymki. Pozdrawiamy radiosłuchaczy i w ten bardzo upalny dzień idziemy dalej. Mijamy Piazza Venezia, Roro Romano i stajemy przed Colosseo. Po prostu taki tłum turystów, że nie ma czym oddychać. W sumie to jesteśmy już trochę zmęczeni i upałem i chodzeniem. Przez ostatnie dni w sumie tyle razem nie zrobiliśmy kroków co przez ten dzień. W drodze na Piazza Vittorio Emanuele siadamy w przy ulicznym barze i zamawiamy tradycyjną pizzę. Nigdzie tak pizza nie smakuje jak we Włoszech. No chyba, że w znanym nam miejscu oddalonym o 4km od naszej parafii, ale nie zdradzamy nazwy, żeby nie było reklamy. Udajemy się później do Bazylik Większych S. Maria Maggiore oraz San Giovanni in Laterano. Na Lateranie odmawiamy w kaplicy polskiej koronkę do Miłosierdzia Bożego i zmęczeni postanawiamy wrócić do domu. Ja ma lekką awarię, bo wyskoczyły mi pęcherze na stopach. Normalnie śmieje się sam do siebie, a z drugiej strony coraz gorzej mi się chodzi. Wsiadamy do metra i wysiadamy dwie stacje za wcześnie. Czeka nas kilometrowy spacerek do naszego domu. Zakupujemy potrzebne produkty na wieczorną kolację i tworzymy dzieło: spaghetti carbonara z winem lambrusco. Siedzimy na tarasie i rozmawiamy o przeżycia. Siedzimy dość długo, ale w końcu i kończą się tematy i wykruszają się słuchacze. Idziemy spać. Gdyby nie klimatyzacja to mielibyśmy saunę. Do jutra.

alt

Dzień 18. 13.08.2015         przejechanych: 0km

nie liczymy kroków po Rzymie już drugi dzień

Dzień Lenia. Budzimy się o 8. Celowo nie używam słowa wstajemy, bo od tej pierwszej czynności do drugiej trochę mija. Bardzo późne śniadanie. Mikołaj trochę poddenerwowany bo już chciałby wychodzić na podbój Rzymu, a my mamy opory. Ja i moje bąble to szczególnie. Dobrze, już wychodzimy. Kierunek metro. Wsiadamy do pociągu i jedziemy do Katakumb. Przechodzimy Via Appia Antica do Katakumb św. Sebastiana. Tam również bez najmniejszych problemów udaje nam się odprawić Mszę św. w bocznej kaplicy. Przy grobie papieża Fabiana mamy okazję modlić się we wszystkich intencjach nam powierzonych. Ta przerwa w chłodnym kościele nam się przydaje bo upał daje się we znaki. Musimy chwilę poczekać, bo wejście do Katakumb Kaliksta będzie możliwe dopiero o godz. 14. Tam tworzymy 6-ścio osobową grupę Polaków: my + młode małżeństwo, którzy właśnie wrócili z pielgrzymki do Santiago. Oprowadza nas Pani Joanna opowiadając o jednym z największych cmentarzy starożytnego chrześcijańskiego Rzymu. Tylko nas zobaczyła nasza przewodniczka to powiedziała, że jesteśmy chyba z jakiego seminarium duchownego. Popatrzyła na Wiktora jak na poważnego przełożonego. Musieliśmy zweryfikować te informacje i się przedstawić, opowiadając co nas tu przywiodło. Z chłodnych podziemi (150C) znów spotykamy się ze słońcem, które pokazuje nam swoją moc (40-430C). Wracamy do centrum miasta i udajemy się do Fontanny di Trevi. Widok powalający, zatykający dech w piersiach. Jesteśmy pod wrażeniem i wielkim zdziwieniem, bo właśnie od kilku miesięcy trwa generalny remont fontanny i nic nie widzimy. Ze spuszczonymi głowami idziemy dalej. Jedziemy spotkać się z naszym papieżem. Kierunek San Pietro. Stajemy w kolejce aby przejść przez bramki bezpieczeństwa. Dostajemy się do Bazyliki. Pierwsze kroki to pieta Michała Anioła oraz modlitwa przy grobie św. Jana Pawła II. Każdy indywidualnie ma okazję, aby powiedzieć to co czuje. Dłuższa modlitwa i dalsza możliwość podziwiania piękna. Spotkanie ze św. Piotrem oraz z najważniejszym Gospodarzem. Krótka adoracja Najświętszego Sakramentu i po tej wyjątkowej wizycie wracamy na plac. Każdy patrzy po sobie. To znak, że trzeba coś zjeść. Udajemy się do pobliskiej pizzerii i zamawiamy to o czym myślicie, a my smakujemy. Pizza. Później spacer po sklepach, głównie tych liturgicznych, ale i bywa że do tych związanych z modą też zachodzimy. Wracając do domu robimy zakupy w markecie i wracamy na kolację. Co dziś kucharze podadzą. A dziś to po prostu kupiliśmy gotową lasagne, do tego mozzarella z pomidorami oraz słodkie białe wino. Biesiadujemy długo. Idziemy spać grubo po północy, bo po kolacji musimy jeszcze się spakować. Czas wracać.


alt

 Dzień 19. 14.08.2015         przejechanych: 10km

Pobudka 6. Msza św. 615. Godz. 630 śniadanie w pośłpiechu. Godz. 705przybywa Ruben aby sprawdzić pokój i odebrać klucze. Everything ok? Jakby miało być nie ok. On też widzi, że jest ok. Dziękuje za współpracę, a my jednocześnie już znosimy nasze sakwy i rowery. Zapakowani jedziemy na Stację Aurellia aby zakupić bilety i jechać na lotnisko. Przesiadka na Roma Trastevere i kierunek Aeroporto Fiumicino. Aby dostać się na nasz terminal odlotów chcieliśmy jechać rowerem, bo byłoby szybciej, ale wiecie jakie są przepisy. Dojeżdżamy, zajmujemy strategiczne miejsce i zaczyna się demontaż rowerów. Śmiesznie to z boku wyglądało jak czterech facetów pakuje wszystko jakby coś mieli przemycać, a inni w tym samym czasie robią nam zdjęcia. Będzie w razie czego w kronikach policyjnych. Każdy krząta się rozkłada. Pot się leje, a praca wre. Cztery mróweczki uwijają sią jak mogą. Po dwóch godzinach mamy stan: 4 rowery rozebrane na części i zapakowane w czarne opakowania, każdy jeden duży bagaż również ofoliowany, no i 4 bagaże podręczne. Czas na umycie się i przebranie. Dobrze, że jest łazienka. Musimy coś zjeść, bo głód doskwiera. Jedna kanapeczka, potem druga, a tu wciąż mało. Nie mamy na co czekać. Lecimy na samolot. W samolocie siedzimy koło siebie. Nasz logistyk Wiktor - słucha muzyki, Krzyś & Krzyś zamawiają małe co nieco, Mikołaj śpi. Lądujemy o czasie w Katowicach. Bogu niech będą dzięki. Odbieramy nasze wyjątkowe bagaże i wychodząc z lotniska spotykamy Pana Bogdana w busie Im-Motion, który zawozi nas do domu. Dziękujemy wszystkim za wszystko. Bogu, że dał nam okazję przeżyć tak wspaniałe rekolekcje. Sobie wzajemnie za wspólną drogę i wszystkim co otaczali nas modlitwą.

Dziękujemy. Do zobaczenia na szlakach rowerowych. Za rok jedziemy: Wrocław-??? Dowiecie się później. My już mamy plan w głowie. Z Panem Bogiem. Dobra powiemy: Wrocław – Amsterdam – Paryż. Na razie mamy dość górek, teraz morze.


altaltalt

You are here: